Forlled olsen Hexeline Menard Perfumeria Qualitie's Choice

Blog literacki - Trzydzieści Dzieł Literatury Światowej

Nazwa tego działu jest trochę myląca. Nie będą to literackie zapiski dotyczące codzienności. Będzie to bardzo osobisty ranking dzieł literatury światowej. Zestawienie trzydziestu utworów (w niektórych przypadkach cała twórczość danego pisarza), które wywarły na mnie największe wrażenie i miały największy wpływ na moje życie. Utwory te gorąco polecam wszystkim. Oczywiście zestawienie to jest subiektywne, dlatego ucieszy mnie każda reakcja na "blogu gości". Będę starał się krótko uzasadnić wybór i przedstawić jako ilustrację jedną stronę utworu.


1. Marcel Proust - "W Poszukiwaniu Straconego Czasu" tom I - VII

Dla mnie i jak sądzę dla wielu osób, wielbicieli Prousta, wybór jest prosty. Marcel Proust to najgenialniejszy pisarz wszechczasów, jedyny, niepowtarzalny, to również największy poeta, choć piszący prozą. Zdaję sobie jednak sprawę, że istnieje spora grupa ludzi, w tym poważnych krytyków, którzy uważają Prousta za rozkapryszonego, nadwrażliwego "paniczyka", piszącego o niezbyt ważkich sprawach. Są również tacy, którzy jak Andre Gide, wypowiadają się o powieści negatywnie, nie przeczytawszy jej, a równie liczne grono szczyci się tym, że nigdy nie przeczyta książek tego "nudnego" autora. Marcel Proust to osoba o wybitnej inteligencji i niespotykanej wrażliwości. Te dwie cechy nie wystarczyłyby jednak do napisania tak wielkiego dzieła, jakim jest siedmiotomowy, rozbudowany na podobieństwo katedry, cykl "W Poszukiwaniu Straconego Czasu". Potrzebna była jeszcze nieugięta wola i dziesięć lat katorżniczej pracy w pokoju dżwiękoszczelnym (wyłożonym korkiem), który praktycznie był więzieniem ciężko chorego pisarza. Życie, świat, według Prousta nie mają wartości, ulegają degradacji, deformacji, przemijają. Jedyne, co ma jakąś wartość, to Miłość i Sztuka. A dzieło Prousta, to sztuka wyjątkowa. Choć pisarz sięga do najgłębszych i najciemniejszych pokładów świadomości, w poszukiwaniu jakby platońskiej istoty rzeczy, istoty czasu, choć używa iście cicerońskich, niekończących się okresów, myśli jego są jasne, zrozumiałe. Trzeba tu wspomnieć o Johnie Ruskinie, angielskim czarodzieju, który na swych uniwersyteckich wykładach gromadził i porywał  ponad dwutysięczne tłumy, bez którego Proust nie byłby tym samym Marcelem Proustem. Ruskin, a za nim Proust ,uważali, że przyroda, piękno, dobro, wyobraźnia i sztuka, to najcenniejsze wartości tego świata.
"I jeżeli dzieło posiada wartość czystego kruszcu, duchowe przymioty jego twórcy muszą zawierać również szczerozłoty kruszec".
Teraz fragment utworu:
 
"I podnosząc czerwoną spódnicę, postawiła nogę na stopniu. Miała wejść do karety, kiedy, widząc tę nogę, książę wykrzyknął straszliwym głosem:
- Oriano! nieszczęsna, coś ty chciała zrobić! Nie zmieniłaś trzewików! Przy czerwonej sukni! Leć prędko włożyć czerwone pantofelki albo - rzekł do lokaja - ty powiedz prędko pokojowej księżnej pani, żeby tu zniosła czerwone pantofelki.
- Ależ mój drogi - odparła z cicha księżna, zażenowana tym, że Swann, który wychodził ze mną, ale chciał przepuścić powóz, może usłyszeć - skoro jesteśmy spóźnieni...
- Ależ nie, mamy masę czasu. Jest dopiero za dziesięć ósma, nie potrzeba dziesięciu minut na to, aby zajechać do parku Monceau. A przy tym, co chcesz, choćby miało być wpół do dziesiątej, poczekają; nie możesz przecie jechać w czerwonej sukni i w czarnych pantofelkach. Zresztą nie będziemy ostatni, nie bój się, mają być Sassenage'owie, wiesz, że nigdy nie zjawiają się przed trzema kwadransami na dziewiątą.
  Księżna pobiegła do swego pokoju.
- No i co - rzekł do nas pan de Guermantes - biedni mężowie, dosyć z nich sobie świat nakpi, ale mają zalety. Beze mnie Oriana poszłaby na obiad w czarnych pantofelkach.
- To nie jest brzydkie - rzekł Swann - zauważyłem czarne pantofelki i nic mnie nie raziły.
- Nie będę ci przeczył - odparł książę - ale zawsze to bardziej elegancko, aby były tego samego koloru co suknia. A przy tym, bądż spokojny: ledwo przyjechałaby na miejsce, spostrzegłaby się i wtedy ja musiałbym dyrdać po czerwone pantofelki".

30. Erich Maria Remarque - "Łuk Triumfalny". »

Mam poczucie, że książka ta trafiła do rankingu niezasłużenie, po znajomości. Mógłbym wymienić wiele książek o większych walorach artystycznych, które jednak nie znalazły się w zestawieniu. Jednak takie dziwne są tu zasady. Liczy się wrażenie i wpływ jaki książka wywarła w momencie czytania. Dla młodego chłopaka z prowincji, wychowanego w ubogim i zniewolonym socjaliżmie ta książka była powiewem wolności. Czułem w niej atmosferę Paryża, wraz z Ravikiem włóczyłem się po nocnych knajpkach, zmierzając Polami Elizejskimi do Placu Gwiazdy i zawracając w stronę Lasku Bulońskiego. Ravic zaimponował mi jako mężczyzna; odważny, twardy a jednocześnie czuły i zdolny do prawdziwej miłości. Wydawało mi się, że prowadził życie typowe dla cyganerii, utożsamiałem go z autorem. Najważniejszym jednak bohaterem powieści stał się dla mnie calvados. Jeszcze kilka lat póżniej lubiłem w krakowskich kawiarniach imponować zamawiając ohydny, produkowany przez lubuski Polmos, polski calvados. Wtedy też gotów byłbym się założyć, że calvados pije się na każdej stronie "Łuku Triumfalnego", co jest oczywiście małą przesadą, gdyż czasami piło się wino, czasami burgunda a czasami nawet czystą.

Teraz wybrany fragment:

Jej oczy obeschły. Dopiła calvadosu i wstała. Wyglądała na bardzo zmęczoną.
-Dlaczego w nas jest to wszystko, Ravic? Dlaczego? Musi być jakiś powód, inaczej nie pytalibyśmy. Uśmiechnął się smutno.
-Najstarsze pytanie ludzkości, Joanno. Dlaczego? Pytanie, o które dotychczas rozbija się cała logika, filozofia, wiedza. Odchodziła. Odchodziła. Już była przy drzwiach. Coś się w Ravicu rozwinęło jak sprężyna. Odchodzi. Odchodzi. Wyprostował się. I nagle stało się to niemożliwe,wszystko stało się niemożliwe. "Jeszcze tylko ta jedna noc, ta jedna, tylko raz jeszcze widzieć jej śpiącą twarz na swoim ramieniu, jutro będzie można walczyć, ale raz jeszcze czuć obok siebie ten słodki oddech, znależć się w sidłach złudy, słodkiego oszustwa. Nie odchodż, nie odchodż, umieramy w bólu i żyjemy w bólu, nie odchodż, co mam prócz tego? Po co mi moja odwaga? Zgubiony, pogrzebany, mam w życiu jeszcze tylko dwanaście dni i nic poza nimi,dwanaście dni i tę jedną noc. Jedwabista skóra, dlaczego przyszłaś do mnie właśnie tej nocy, odartej z gwiazd, zachmurzonej dawnymi snami, czemu przełamałaś się przez moje forty i barykady tej nocy, kiedy nie żyje nikt prócz nas? Czy nie ponosi mnie fala? Czy nie rzuca nami..."
- Joanno - powiedział. Odwróciła się. Twarz jej rozpromieniła się blaskiem. Gubiąc po drodze rzeczy, rzuciła się ku niemu dziko i bez tchu.

29. George Orwell - "Rok 1984". »

Książka miała nas przenieść w rok 1984, a właściwie w bliżej nieokreśloną epokę dominacji totalizmu, a właściwie trzech totalizmów panujących na ziemi. "Rok 1984" to z pewnością książka "kultowa" dla pokolenia wychowanego w socjalizmie. Pamiętam, jak wielkim przeżyciem było zakonspirowane przekazywanie w gronie wtajemniczonych, książek odbitych na powielaczach. Lektura Orwella była prawdziwą inicjacją dysydencką. Definiowała dokładnie wroga (czyli system i oddanych mu ludzi), jego metody (totalna inwigilacja - nawet wśród najbliższych, tortury, mordy), oraz prawdziwe cele (wniknięcie we wszelkie aspekty życia człowieka i zawładnięcie nimi). Myślę, że nikt, nawet sam Orwell, nie odbierał tej książki w ten sposób, jak ludzie żyjący w systemach "obozu sowieckiego". Widzieliśmy w niej odbicie teraźniejszości i proroctwo przyszłości. Po przeczytaniu "Roku 1984" byłem pewny, że czeka nas minimum sto lat panowania komunizmu i nawet wnioski płynące z "Folwarku zwierzęcego" (rozsypanie się gospodarki) nie zmieniły mojego zdania (patrz Kuba, Korea). Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że sam Orwell do końca życia był socjalistą, zwolennikiem Labour Party i tłumaczył się z tej książki na łamach dzienników amerykańskich, że absolutnie nie krytykuje socjalizmu, lecz tylko wskazuje na jaką drogę mogą wkroczyć faszyzm i komunizm. Przypomina mi się stare hasło (niestety bliskie wielu naszym dysydentom - vide - Kuroń, Michnik).
"SOCJALIZM TAK WYPACZENIA NIE"
Osobiście wolę trochę starsze, kantowskie:
"Niebo gwiaździste nade mną,
 prawo moralne we mnie".

 Teraz wybrany fragment tekstu:

Najbardziej przygnębiała Winstona świadomość własnej intelektualnej niższości. Wpatrywał się w masywną, a jednak pełną gracji sylwetkę, która to pojawiała mu się przed oczami, to znów odchodziła. O'Brien był człowiekiem przerastającym go pod każdym względem. Każdą myśl, która kiedykolwiek przyszła lub mogła przyjść Winstonowi do głowy, O'Brien już dawno przeanalizował i odrzucił. Jego umysł mieścił w sobie umysł Winstona. Ale czyż w takim razie O'Brien mógł być szalony? Nie - to on, Winston musiał stracić rozum. O'Brien zatrzymał się i spojrzał na niego, ponownie przybierając surowy wyraz twarzy.
- Nie wyobrażaj sobie, Winston, że zdołasz się uratować, choćbyś nie wiem jak ukorzył się przed nami. Nie darujemy nikomu, kto zbłądził. Nawet gdybyśmy pozwolili ci żyć, dopóki nie umrzesz śmiercią naturalną, i tak byś się nam nie wymknął. To, co ci się tu przydarzy, zmieni cię na zawsze. Uświadom to sobie wreszcie. Zgnieciemy cię tak, że nigdy się nie podźwigniesz. Z tego, czego doznasz, nie otrząśniesz się, nawet gdybyś żył tysiąc lat. Nigdy więcej nie zaznasz żadnych ludzkich uczuć. Wszystko w tobie obumrze. Nigdy nie będziesz zdolny odczuwać miłości, przyjaźni, radości życia; zapomnisz, co to śmiech, ciekawość, odwaga, prawość. Będziesz pusty w środku. Wyciśniemy z ciebie wszystko, po czym napełnimy cię sami.
Umilkł i dał znak człowiekowi w kitlu. Winston słyszał, ,że ten przysuwa mu do głowy jakieś ciężkie urządzenie.


28.Aleksander Dumas ojciec - "Hrabia Monte Christo" i wiele, wiele innych. »

Najbardziej ulubiona chłopięca lektura obok "Winnetou", to oczywiście "Trzej Muszkieterowie" i ich kontynuacje, a że mężczyzna do końca życia zostaje chłopcem, więc słabość do książek Dumasa pozostała mi do dzisiaj. W dosyć poważnej, akademickiej historii literatury francuskiej skwitowano Aleksandra Dumasa jednym zdaniem:"niesłychanie płodny autor 257 tomów powieści", nie wymieniając ani jednego tytułu. Muszę więc wstydzić się, że przeczytałem tak wiele książek (samo wymienianie tytułów zajęłoby pół strony) tego "kiepskiego" pisarza. Jeśli jeszcze dodam, że z "Hrabią Monte Christo" wiążą się moje dwa "rekordy czytelnicze", to kompromitacja jest już na całego. Popularność Aleksandra Dumasa dzisiaj zanika i pewnie niedługo będzie on zupełnie nieznanym pisarzem, jakim jest obecnie na przykład polski "niezwykle płodny autor 232 tomów powieści" Józef Ignacy Kraszewski, ulubieniec mojej Mamy. Ale revenons a nos moutons, książki tego niestrudzonego gawędziarza towarzyszyły mi od dziesiątego do osiemnastego roku życia, kiedy to pasjonował mnie żywot awanturnika z Sycylii, hrabiego Cagliostro, występującego pod nazwiskiem Józefa Balsamo w pięcioksiągu Dumasa (około 20 tomów). Teraz owe wstydliwe rekordy: "Hrabia Monte Christo" jest książką, którą przeczytałem największą ilość razy w życiu (sześć razy), i drugi rekord: tę książkę, liczącą grubo ponad tysiąc stron ośmieliłem się przeczytać siódmy raz w oryginale, co przy mojej słabej znajomości języka francuskiego można porównać do przepłynięcia Kanału La Manche (też by mi to zajęło ponad sześćdziesiąt dni). Pytanie, dlaczego tyle razy sięgałem po tę książkę, z pewnością ma swoje odpowiedzi. Chyba przeczytam moją ukochaną lekturę ósmy raz, żeby je odnaleźć, do czego i Państwa namawiam, bez względu na wiek.
Teraz wybrany fragment:

 " - Ale cóżem ci zrobił? - zawołał Villefort bliski utraty zmysłów. - Cóżem ci zrobił? Powiedz!
- Skazałeś mnie na śmierć powolną i ohydną, zabiłeś mojego ojca; pozbawiłeś mnie wolności,  pozbawiłeś mnie kochanki i fortuny!
- Ale kim jesteś!.... Kim jesteś?... O Boże!
- Jestem widmem nieszczęśnika, którego wtrąciłeś na dno lochów twierdzy If. Bóg wywiódł widmo z lochu, włożył mu maskę hrabiego de Monte Christo i obsypał je diamentami i złotem, abyś go dziś nie poznał.
- Ach! Poznaję cię... Poznaję... Jesteś...
- Jestem Edmund Dantes!
- Tyś jest Edmund Dantes! - krzyknął Villefort, chwytając hrabiego za rękę. - A więc chodż ze mną!
I powiódł zdziwionego Monte Christa schodami. Hrabia szedł za nim, przeczuwając jakąś nową katastrofę.
- Spójrz, Edmundzie! - zawołał prokurator, wskazując dwa trupy. - Spójrz! Przypatrz się dobrze! Uważasz się teraz za pomszczonego?
Monte Christo zbladł.
Pojął, że przekroczył prawa zemsty.
Pojął, że powiedzieć już nie może: "Bóg jest za mną i ze mną".


27. Kurt Vonnegut, Jr. - "Śniadanie Mistrzów" »

Jakie jest samopoczucie świeżo upieczonego studenta? Świetne. Rozpiera go radość z właśnie uzyskanej, nieograniczonej (jak mu się zdaje) wolności. Rozpiera go duma z faktu wkroczenia w świat dorosłych (co ponoć daje mu prawo do krytyki tego świata). Rozpiera go chęć działania  (najczęściej w głupi sposób realizowana). Taki specyficzny stan ducha wymaga specyficznej strawy duchowej, której dostarczył mi "nadający na tych samych falach" Kurt Vonnegut. Nie spotkałem wcześniej pisarza nazywającego, tak jak on, rzeczy po imieniu (nie oglądając się na tzw. poprawności) i potrafiącego rozśmieszyć mnie do łez. Stylistyka "Śniadania Mistrzów" trochę jak z "Małego Księcia" i trochę jak z komiksu, tzn. obrazki, oraz traktowanie swoich bohaterów i czytelników jakby spadli z księżyca. Ten absurdalno-groteskowy styl był typowy dla Vonneguta już w jego wcześniejszej "Kociej Kołysce". "Śniadanie Mistrzów" jest mistrzowską kontynuacją bezlitosnej wiwisekcji jakiej pisarz dokonuje na społeczeństwie amerykańskim, a właściwie na całej cywilizacji. Vonnegut opisuje bezmyślność, bezduszność, dehumanizację, technicyzację, degradację środowiska i wiele innych grzechów ludzkości. Robi to z nonszalancją i humorem. Fragment, który przedstawię poniżej, wywoływał u mnie przez wiele lat niepohamowane napady śmiechu, a śmiech to przecież dar bezcenny i za to jestem do dziś wdzięczny autorowi:

- Mam nadzieję, że będzie pan zadowolony - powiedział kasjer do Troutta. Znaczyło to, iż spodziewa się, że Trout znajdzie obrazki, przy których będzie mógł się onanizować, jako że był to jedyny cel wszystkich tych książek i czasopism.
- Kupuję to na festiwal sztuki - odparł Trout.
Co do samego opowiadania, to nosiło tytuł "Tańczący Błazen". Podobnie jak wiele utworów Trouta, mówiło o tragicznej niemożności porozumienia się.
Oto jego fabuła: Niejaki Zog przybywa na Ziemię talerzem, by powiedzieć, jak zapobiegać wojnom i leczyć raka. Przywozi te wiadomości z planety Margo, której mieszkańcy porozumiewają się za pomocą pierdnięć i stepowania.
Zog wylądował nocą w stanie Connecticut i zobaczył dom w płomieniach.
Wpadł do domu popierdując i przytupując, żeby ostrzec ludzi o straszliwym niebezpieczeństwie. Pan domu roztrzaskał mu głowę kijem golfowym.


26. Władysław Stanisław Reymont - "Ziemia Obiecana". »

Gdybym miał wskazać wzorzec idealnej powieści w literaturze polskiej "Ziemia obiecana" zajęłaby miejsce pierwsze. Jest tu wszystko, czego od doskonałej powieści należy oczekiwać.  Około stu barwnych i żywych postaci powiązanych ze sobą najprzeróżniejszymi wątkami pokazują na każdej stronie geniusz autora. Salony łódzkich fabrykantów, ich środowisko i ich machinacje zostały oddane tak wiernie, że wydarzeniami tymi żyła wówczas cała Polska. Zresztą w następnym swym genialnym dziele ("Chłopi"-niestety nie moje fascynacje) Reymont pokazał, że potrafi poznać do głębi i opisać każde środowisko. Reymont to zjawisko bardzo rzadkie. Pierwsze jego powieści nie wskazywały, że może stworzyć coś wyjątkowego. Ten czeladnik krawiecki, geometra, komediant, urzędnik kolejowy, półinteligent i samouk nie wiadomo jaką siłą woli i w jaki sposób wykrzesał z siebie tyle geniuszu. Udowodnił, że w tym fachu liczy się tylko talent, wola i praca, a nie erudycja. Książka została napisana w sposób nowoczesny, filmowy (zresztą genialna ekranizacja Wajdy sprawiła, że po nią sięgnąłem), praktycznie nie ma w niej glównego bohatera - Karol Borowiecki może tylko za takiego uchodzić. Prawdziwym bohaterem powieści jest Łódż, ów straszny moloch, który pożera i pochłania każdego : Żyda, Niemca, chłopa czy polskiego szlachcica. Reymont uważał siebie za niespełnionego autora. Całe życie zamiast pisać musiał  "od felietonu do felietonu" walczyć z biedą. Sława, pieniądze i nagroda Nobla przyszły za późno, na rok przed śmiercią. Dobrze jednak, że przyszły.
Teraz smakowity kąsek, fragment rozmowy w salonie, która równie dobrze mogłaby się odbyć współcześnie, wszak jesteśmy jednym z nielicznych krajów, w którym kapitalizm rodził się dwa razy.

- Jakie to śliczne! Jakie to morze prawdziwe, zupełnie takie same, jakie było przy naszej    
  willi  w Genui. Myśmy byli w przeszłym roku w Genui.
- W Biarritz też jest dużo wody, ale ja nie lubię patrzeć, bo mnie się zaraz niedobrze robi.
- Ale niechaj państwo uważają, że to morze prawie słychać, o! a te kwiaty są tak ładne,
   jakby  były robione, i pachną prawdziwie - szeptała Endelmanowa, usilnie zwracając
  uwagę zebranych na obraz, bo zaczynali już odchodzić.
- Farbę czuć - zawołał Knaabe pochylając się do obrazu.
- Ale, bo, widzicie państwo, kazałam obraz powerniksować.
- Przez to barwy straciły na świeżości i poczerniały, a potem warstwa werniksu błyszczy się
  tak, że trudno przez to co zobaczyć - tłumaczyła jej Trawińska po cichu, bo sama dosyć
  odczuwała malarstwo.
- Ja lubię, żeby był glanc! Mnie jest wszysko jedno: landszaft, scena rodzajowa,
  mitologiczna  czy historyczna, ja wszystko kupuję, bo my możemy sobie na to pozwolić, ale
  ja lubię, żeby moje obrazy miały glanc! To porządniej wygląda - tłumaczyła się głośno i tak
  szczerze, że Nina musiała przysłonić twarz wachlarzem, żeby nie parsknąć śmiechem.
- Bernard, czy ja nie mam racji?
- Zupełną, bo się nadaje większą wartość obrazowi. Któż trzyma rondle w kuchni nie   
  wyczyszczone i bez glancu?

 

25. Mario Vargas Llosa - "Rozmowa w "Katedrze". »

Uważam tę książkę za jedno z największych dzieł drugiej połowy dwudziestego wieku. Początkowo zraziły mnie techniczne zabiegi autora, jednak "za drugim podejściem" nie przeszkadzały mi w ogóle. Jednoczesne prowadzenie różnych wątków, oddalonych często o lata zmusza do skupienia uwagi i na swój sposób podnosi atrakcyjność książki. Widać, że autor wznosi się na wyżyny pisarstwa i doskonale panuje nad warsztatem. Tematyka zaś taka jak świat nas otaczający - przerażająca. Nie ma w tej powieści grama sztucznej, ani prawdziwej słodyczy. Jest walka na każdym szczeblu hierarchii społecznej, walka o władzę, walka o wyrwanie psa z rąk chciwych i zbyt gorliwych hycli, walka o utrzymanie "miejsca pracy" w burdelu wyższej kategorii. Są w tej powieści wszelkie niegodziwości i słabości natury ludzkiej. Zło jest wszechobecne, wśród senatorów, ministrów, funkcjonariuszy państwowych, wydawców, dziennikarzy, studentów, robotników, wśród mężczyzn i wśród kobiet. Demokracja jest pozorem, ruchy rewolucyjno-komunistyczne są sterowane i inwigilowane, wolność prasy nie istnieje. Llosa obnaża swój kraj bezlitośnie, obnaża ludzkość, bo wiele wydarzeń i sytuacji tu opisywanych mogłoby się zdarzyć wszędzie, a praca służb bezpieczeństwa z pewnością jest podobna na całym świecie. Lektura tej książki jest mocnym przeżyciem, żeby nie powiedzieć wstrząsającym. Przypomina o tym, o czym chcielibyśmy zapomnieć - o marności kondycji istoty ludzkiej.
Teraz wybrany fragment:

"- No więc wszystko się wyjaśnia - powiedział Bermudez. - Połowa spiskowców to nasi przyjaciele, wszystkie skompromitowane garnizony zadeklarowały swoje oddanie wobec prezydenta. Espina jest zatrzymany. Trzeba jeszcze tylko sprecyzować stanowiska kilku osób cywilnych. Pańska sytuacja już się zaczyna wyjaśniać, don Fermin.
- O tym, że będę u pana, też pan wiedział, prawda? - powiedział don Fermin bez ironii. Czoło lśniło mu od potu.
- To mój obowiązek, płacą mi za to, żebym wiedział wszystko, co może być interesujące dla rządu - przytaknął Bermudez. - To nie takie łatwe, ostatnio jest mi coraz trudniej. Spiski studenckie to dziecinna zabawa. Gorzej, kiedy zaczynają spiskować generałowie. A jeszcze gorzej, kiedy biorą się do tego członkowie klubu "Nacional".
- A zatem karty zostały odkryte - powiedział don Fermin. Urwał na chwilę i spojrzał na niego: -Chciałbym wiedzieć, czego mam się trzymać, don Cayo."


24. Wasilij Pawłowicz Aksionow - "Moskiewska saga". »

Cieszę się, że trafiłem w swoim życiu na książki tego mało znanego w Polsce autora. Zawsze zazdrościłem braciom Rosjanom ich wielkiej literatury. Aksionowa mogę nazwać godnym następcą największych dziewiętnastowiecznych pisarzy rosyjskich. Zdradzę, że nie starczyło w rankingu miejsca dla wielkiego dzieła "Wojna i pokój", jest natomiast trzytomowa "Moskiewska saga". Dlaczego? Jest mi bliższa. Dotyka wspólnych i bardziej współczesnych doświadczeń, życia w totalitarnym państwie. Mam żal do polskich pisarzy (Iwaszkiewicza, Andrzejewskiego, Parandowskiego i innych), że nie potrafili stworzyć wielkiej, epickiej, rodzinnej sagi, pokazującej polskie losy w tragicznej polskiej rzeczywistości ostatniego stulecia. Aksionow opisuje dzieje inteligenckiej rodziny Gradowów od początku lat trzydziestych do śmierci Stalina. Terror komunistyczny dotyka praktycznie trzech pokoleń tej rodziny. Nie jest to jak w przypadku Orwella wizja. U Aksionowa czujemy przerażający dotyk historii, możemy tylko współczuć Rosjanom i pocieszać się, że u nas było trochę lepiej. Ta książka nie pozwoli  przyszłym pokoleniom (mam nadzieję, że również Polaków) zapomnieć o prawdziwym obliczu komunizmu. Teraz wybrany fragment z tomu trzeciego:

Żeby sprawić sobie większą przyjemność, zaczął podszczypywać Ludę po brzuchu, niech zapłacze z bólu. Nie musiał długo czekać, rozbeczała się pomimo kagebowskiej farmakologii. Piękna sprawa, rozumiesz, kaukaski starzec, zbrodniarz pierdoli łkające rosyjskie dziecko! Wreszcie nadeszło to, o czym Beria Lawrientij Pawłowicz, cztery lata później na lipcowym plenum KC nazwany w referacie Chruszczowa Nikity Siergiejewicza bezczelnym i aroganckim wrogiem Związku Radzieckiego, zawsze marzył w zakamarkach swojej ciemnej duszy. Zniknęły wszystkie uboczne, dodatkowe motywy nienasyconej chuci. Zapomniawszy o swojej wszechmocnej podłości i o pozostałej mitologii, która go zawsze tak paskudnie podniecała - ja, Mingrel, mogę pierdolić każdą rosyjską babę, z każdej mogę zrobić kurwę, niewolnicę, mogę rozstrzelać i ułaskawić, mogę torturować i przydzielić piękne mieszkanie, mogę obdarować francuską bielizną, mogę zwolnić krewnych z więzienia lub przeciwnie, wszystkich zadeptać na wiecznej zmarzlinie - teraz zapomniawszy o tym wszystkim, poczuł się nagle meżczyzną, gorącym i namiętnym, rozkochanym we wszechświecie, który odsłonił przed nim całe swoje krocze, to znaczy w Kobiecie, towarzysze, pisanej dużą literą.


23. Johann Wolfgang Goethe - "Faust" »

Goethe to jeden z najpiękniejszych i największych umysłów, jakie wydała ludzkość.  Goethe był ostatnim pisarzem, który na wzór antycznych filozofów pragnął poznać całą współczesną mu wiedzę. Analityczny umysł, talent wznoszący go na wyżyny poezji klasycznej i romantycznej jednocześnie, ciężka, kilkudziesięcioletnia praca nad doskonaleniem siebie; to najważniejsze cechy tego geniusza. "Cierpienia młodego Wertera", które rozsławiły niemiecką literaturę na całym świecie, nie zachwyciły mnie, były "dzieckiem epoki". Dopiero "Podróż włoska" (która nota bene dobrze się przysłużyła poecie po prawie dziesięcioletnim milczeniu) sprawiła, że Goethe stał mi się bliski. Mimo, że znał "cegłę" Winckelmanna (wyrocznię i absolutny autorytet w sprawach starożytności), odkrywał antyk na nowo, własnym, świeżym spojrzeniem. Do końca życia zresztą żałował, że musi mieszkać w smutnym, północnym kraju (co na to my?). Bezsprzecznie największym dziełem Goethego jest dramat "Faust". Dzieło pisane sześćdziesiąt lat, po skończeniu którego, resztę życia uważał za "darowaną". Poeta zdawał sobie sprawę, że jego dzieło nie zostanie w pełni zrozumiane przez czytelników i godził się na to. Wystarczy, że czytający odczuje ducha tej poezji i ogólne przesłanie. Przesłanie tego mistrzowskiego dzieła rozumiem następująco: czy człowiek,wobec znikomej wartości wiedzy, jest w stanie odnaleźć szczęście, cel życia, zaspokojenie, odpowiedzi na wiele odwiecznych, filozoficzno - eschatologicznych pytań? Dlaczego nawet wielka miłość nie daje satysfakcji (coś o tym wiedział nasz ciągle szukający i kochliwy geniusz), a może powinna dawać? Czy człowiek, pomimo  konszachtów z diabłem i grzesznego  życia, może trafić do nieba? Wielkość i złożoność tego dzieła jest zaiste nadludzka, godna "mieszkańca Olimpu", za jakiego był słusznie uważany. Teraz fragment:  

"Ja pędem tylko przebiegłem przez życie,
W lot schwytywałem każde użycie!
Nie wystarczało - tom je wnet uronił,
Gdy się wyślizgło - tom za nim gonił,
Żądałem tylko i żądzem nasycał,
I znowum  pragnął, i cel żądz pochwycał.
Tak przepłynąłem wrzące życia fale,
Burzliwie wprawdzie, lecz silnie, wspaniale.
Teraz czas winien mądrze być użyty;
Znam ten świat, inny przed nami zakryty.
Głupi ten, co go szuka gdzieś po niebie,
I w nim istoty tworzy podług siebie.
Niech się obejrzy i niech mocnym będzie,
A świat do niego ten przemówi wszędzie.
Po co ma wzlatać gdzieś w zaziemskie kraje!
Co on tu pozna, to się pojąć daje.
Na tym mu przestać. Niech stąpa głuchy,
Gdy mu na drodze przeszkadzają duchy;
Czy mu tę drogę ból, czy szczęście zajdzie,
Zaspokojenia w życiu on nie znajdzie." 


22. Thomas Stearns Eliot - Cała Twóczość Liryczna »

Od trzydziestu dni wiem, że ta chwila nastąpi i czekam na nią z obawą. Pisać o Eliocie, o poezji
to dla mnie trudne zadanie. Liryka, czyli wyrażanie stanu własnego ducha słowami jest tak
intymną sferą, że pisanie o niej wydaje się "nie na miejscu". Oczywiście przesadzam. Dlaczego Eliot? W moim przypadku wypływa ten wybór po prostu z potrzeby posiadania autorytetów. Wiek dwudziesty pozbył się tak wielu zasad i reguł, że dał pole do popisu wszelkiej maści szarlatanom, "instalatorom", "malarzom", których "dzieła" dają powody  do bezsenności swoim nabywcom. Eliot również był awangardzistą, modernistą, turpistą, kubistą, symbolistą, bawił się językiem jak tworzywem, wykorzystywał slangi miasta i rytmy jazzu, by w końcu stać się klasykiem poezji nowoczesnej. Jego poezję pod względem strukturalnym wyróżnia wielka swoboda, różnorodność i finezja wersyfikacji, natomiast treść stanie się z czasem bastionem zachowawczego konserwatyzmu. Jest w poezji Eliota ironia - nie ma cynizmu, jest poszukiwanie prawdy - nie ma relatywizmu, jest schyłek starej cywilizacji - nie ma dekadentyzmu. Jego Chóry z "Opoki" są dla mnie opoką, jego "Zbrodnia w katedrze" przejmującą dramą, jego "Koty" wytchnieniem. Do pełnego szczęścia brakuje mi w jego poezji miłości - nie zaznał jej zbyt dużo w swoim życiu.
Teraz wybrany tekst: fragment Chóru trzeciego z Chórów z "Opoki":

Gdy Obcy zapyta: "Co znaczy to miasto?
Tłoczycie się tutaj, bo tak się wzajem kochacie?"
Cóż odpowiecie? "Gnieździmy się razem,
Żeby wzajem na sobie zarabiać?" albo "To jest wspólnota".
A Obcy odejdzie i wróci na pustynię.
Duszo moja, bądź gotowa na przyjście Obcego,
Bądź gotowa powitać tego, co wie, o co pytać.

O ludzie znużeni, którzy porzuciliście  BOGA
Dla świetności własnej myśli i dla chwały własnego czynu,
Dla sztuk i wynalazków, i śmiałych przedsięwzięć,
Dla niewiarygodnych projektów ludzkiej potęgi,
By wprząc w swe służby ziemię i wodę,
Wykorzystywać morza i drążyć góry,
Dzielić gwiazdy na zwykłe i pierwszej wielkości,
Zajęci budowaniem doskonałej lodówki,
Zajęci opracowaniem etyki rozumnej,
Zajęci drukiem niezliczonych książek,
Spiskujący w imię szczęścia i odrzucający puste butelki,
Z obojętności wpadający w gorączkowy entuzjazm
Dla narodu czy rasy, czy tego, co nazywacie ludzkością;
Choć zapomnieliście drogi do Świątyni,
Jest ktoś, kto nie zapomniał drogi do waszych drzwi:
Możecie uciec przed Życiem, lecz nie przed Śmiercią.
Nie możecie nie wpuścić Obcego.



21. Quintus Horatius Flaccus - "Opera omnia". »

Cała wielkość Rzymu i jego mieszkańców zawarta jest w poezji Horacego. Gdyby na skutek jakiegoś kataklizmu zaginęła twórczość antyku, a pozostały jedynie dzieła Horacego, moglibyśmy z nich całkiem dobrze poznać życie i kulturę Rzymian. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele zawdzięczamy łacinie i kulturze antycznej (zwłaszcza od kiedy zaczął podupadać poziom kształcenia, nie mówiąc już o wykształceniu klasycznym). Do dzisiaj większość mieszkańców Europy wyznaje otrzymany w spadku po praktycznych Rzymianach eklektyczny, stoicko-epikurejski światopogląd, tak pięknie ujmowany w strofy przez Horacego.
Nie kultura aborygenów australijskich ani indian amazońskich, ani ludów dalekiego wschodu jest nam bliska. Bliskie jest nam każde słowo Horacego, choć oddalone o dwa tysiące lat. Każdy docenia wartość "złotego środka" czy "korzystania z chwili", wie, że poeta może "wznieść pomnik trwalszy od spiżu" i "nie wszystek umrze", że grafomańskie wysiłki lub górnolotne zapowiedzi mogą być porównane do "góry, która urodziła mysz". Myśli i słowa Horacego chcemy tego czy nie, są stale wśród nas obecne, kształtują nasz gust poetycki, postawę filozoficzną, podstawy szeroko pojętego humanitaryzmu. Strofy Horacego to poezja najwyższej klasy, czerpiąca z najlepszych greckich wzorów, klarowna, czysta, choć pełna nieoczekiwanych zestawień wyrazów i zabiegów formalnych i stylistycznych. Nie ma lepszego remedium na dzisiejszy chaos wartości i pojęć niż poezja Horacego, polecam.
Teraz wybrany wiersz:

"Parcus deorum cultor.

Wyznawca bogów niezbyt gorliwy
w mądrości błądzę i oto nagle
zawracam z drogi, powrotnym
wiatrom podaję żagle.

Drżę wśród błyskawic, biczy ognistych,
a co rzec, kiedy po czystym niebie
z Jowiszem na niepochwytnym
wozie grzmot kopyt przebiegł -

aż stałe lądy i chwiejne rzeki,
podziemia Styksu, Tenaru skały
i Atlas u krańców świata
w swych posadach zadrżały.

Bóg mocowładny wielkich poniża,
małych podnosi - losu igrzysko:
jeden po koronę sięgnął,
a drugi upadł nisko."


20. Gabriel Garcia Marquez - "Sto Lat Samotności" i "Miłość w Czasach Zarazy". »

Marquez, tak jak każdy wielki pisarz, stworzył swój własny świat, nazwany przez krytyków realizmem magicznym. Nazwa ta nie wydaje mi się idealnie precyzyjna, nie miejsce tu jednak na takie spory. Czytając Marqueza mam przed oczami surrealistyczne obrazy Marca Chagalla i opowiadania Brunona Schulza. Nie pojadę nigdy do Ameryki Południowej, gdyż znam lepiej specyfikę i koloryt tych krain z prozy Marqueza; rzeczywistość zepsułaby wszystko, zresztą i tak nie uwierzyłbym jej - wolę prawdę Marqueza. Jego fantastyczny i pełen humoru świat oczarował mnie i zachwycił. Egzotyka karaibska zmieszana jest w nim w sposób naturalny z kulturą śródziemnomorską, w której autor porusza się bardzo swobodnie. Europa jest jego drugą, a może pierwszą ojczyzną. Jedna z latorośli rodu Buendiów trafia nawet do klasztoru w Krakowie. Za co głównie kocham Marqueza? Oczywiście za Cyganów na latających dywanach, za zarazę bezsenności spowodowaną przez Rebekę, za żółte motyle, za złote rybki, za Melquiadesa, za Macondo, za każdą stronę jego prozy. Wybaczam mu nawet jego flirt z komunistyczną Kubą i Fidelem Castro. Moim wielkim marzeniem jest otworzyć, wzorem Florentina Arizy, Biuro Pisania Listów Miłosnych i zobaczyć miny ludzi czytających szyld tego biura. Może kiedyś odważę się to zrobić? Teraz fragment "Stu Lat Samotności":

"Ledwie zaczęły je przeciągać, kiedy Amaranta spostrzegła bladość Pięknej Remedios, która wydawała się niemal przezroczysta.
- Źle się czujesz? - spytała.
Piękna Remedios, trzymając prześcieradło za drugi koniec, uśmiechnęła się z politowaniem.
- Przeciwnie - odpowiedziała - nigdy nie czułam się lepiej.
Ledwie wymówiła te słowa, Fernanda poczuła, że jakiś leciutki wiatr wyrywa jej prześcieradło z ręki i rozpościera je na całą szerokość. Amaranta uczuła tajemnicze drganie w koronkach swych spódnic i próbowała uchwycić prześcieradło, żeby nie upaść, w chwili gdy Piękna Remedios zaczęła unosić się w górę. Tylko Urszula, prawie już niewidoma, znalazła w sobie dość pogodnego spokoju, żeby rozpoznać ten nieuchwytny wiatr, i zostawiła bieliznę jego łasce, patrząc, jak Piękna Remedios ręką przesyła jej pożegnanie pośród oślepiającej bieli trzepoczących prześcieradeł, które unosiły się z nią razem, z nią razem opuszczały świat żuków i dalii, przelatując przez powietrze, gdzie kończyła się godzina czwarta po południu, i z nią razem znikły na wyżynach, gdzie nie mogły jej już dosięgnąć najwyżej szybujące ptaki pamięci."


19. Ernest Hemingway - "Komu bije dzwon". »

Układając ten ranking starałem się, aby wszystkie pozycje były przemyślane, zweryfikowane wielokrotną lekturą, zachowane żywo w pamięci. Jedynie w przypadku "Komu bije dzwon" zdałem się na mgliste wrażenia z tej licealnej lektury, czytanej ponad trzydzieści lat temu. Wrażenia niezapomniane, natury erotycznej. Otóż jedną ze scen książki (przytoczę ją oczywiście dzisiaj) uznałem wówczas za najpiękniejszy erotyk, a fakt poruszenia się ziemi pozostał mi na zawsze w pamięci. Z czasem zapomniałem i pomyliłem pod kim się ta ziemia zatrzęsła (w scenie pod Robertem, potem w rozmowie Maria przyznaje, że pod nią także), jednak przekonanie o wyjątkowości tej sceny trwało we mnie bez przerwy. Przyznam, że z lękiem i ciekawością (czy pryśnie piękny mit?) przystąpiłem do lektury w tym miesiącu. No i? Mit prysł - scena słaba. Książka jednak się obroniła i z ręką na sercu mogę przyznać, że zasługuje na swoje miejsce w rankingu. Myślę, że jest to najlepsza książka Hemingway'a, pełna artyzmu.Wątek miłosny, który tak na mnie kiedyś zadziałał, jest w niej oczywiście bardzo ważny i jak na tamte czasy odważnie przedstawiany. Niektórzy jednak uważają, że Hemingway był typowym nowelistą, behawiorystą i z tak dużą formą sobie nie poradził. Obok znakomitej, wręcz filmowej konstrukcji, rażą w niej infantylne dialogi wewnętrzne, drażniące powtórzenia, obsesyjnie podejmowane wątki (np. samobójczy).
Wracając do sceny, zwłaszcza druga jej część wydaje mi się dzisiaj nieporadna, niepotrzebnie mroczna, zbyt dosłowna. Czyżby z wiekiem subtelniał gust ?
Teraz przyczyna zamieszania, fragment tekstu:    

Potem był zapach rozgniatanych wrzosów, szorstkość przygiętych łodyg pod jej głową i słońce świecące w zamknięte oczy, a on zapamiętał na zawsze wygięcie jej szyi, gdy odchyliła głowę w tył, między korzenie wrzosu, lekkie, mimowolne drganie warg, trzepotanie powiek zaciśniętych mocno przed światłem słońca, przed wszystkim - a dla niej wszystko było czerwone, pomarańczowe, złotoczerwone od słońca padającego na zamknięte powieki, i wszystko miało tę barwę - całe spełnienie, posiadanie, osiągnięcie - wszystko było tej barwy, oślepiające tą barwą. Dla niego było to mrocznym przejściem prowadzącym do nikąd, znowu do nikąd i znowu do nikąd, i jeszcze raz do nikąd, wciąż i na zawsze do nikąd, gdy leżał ciężko na łokciach wspartych w ziemię - do nikąd, w mrok, w nieskończoną nicość i ciągle w tę niewiadomą nicość, teraz i na zawsze do nikąd, i znowu nieznośnie, raz jeszcze do nikąd - aż wreszcie ponad wszelką wytrzymałość, coraz mocniej,mocniej, mocniej, nagle, piekąco, wciąż w nicość, i wtem nicość znikła, czas się zatrzymał, oboje znaleźli się poza czasem i wtedy uczuł, że ziemia poruszyła się i usunęła spod nich.


18.Michał Bułhakow - "Mistrz i Małgorzata". »

Dla każdego, kto doświadczył na sobie dobrodziejstw socjalistycznego systemu oświaty,
jest oczywiste, że nie udało się szkole wpoić miłości do Wielkiego Brata i jego
kultury.Lektury typu "Samotny biały żagiel" skutecznie odstraszały od literatury
rosyjskiej.Dopiero będąc na studiach zacząłem poznawać tę wspaniałą literaturę.
Największym odkryciem i zaskoczeniem był dla mnie "Mistrz i Małgorzata".                     
Nie mieściło mi się w głowie , jak mogła powstać i co dziwniejsze "uchować się"                 
 w socjaliżmie książka tak inteligentna, odkrywcza, niezależna, nowoczesna.
Bułhakow stał się dla mnie idolem.
Przeczytałem tę książkę do dziś aż cztery razy. Zazwyczaj kolejna lektura książki
potwierdza moje pierwsze wrażenie, tak było i tym razem w pierwszych trzech     
przypadkach.Nie wiem, co się stało przy czwartym "czytaniu". Czułem jakby opadła       
jakaś kolorowa zasłona, która przydawała czaru książce. Zacząłem zimno                           
i bezwzględnie traktować Bułhakowa, jak jakiegoś karykaturzystę z "Krokodyla"                
lub iluzjonistę z cyrku, który wyciąga i wyciąga te króliki z cylindra, byle tylko          
udowodnić, że potrafi zadziwiać. Zatęskniłem za starym dobrym Bułhakowem,                 
nie autorem opowiadań fantastycznych, lecz autorem Białej Gwardii.

Teraz fragment tekstu:
- Teraz zostawcie mnie z nimi samego - polecił Woland,wskazując na Mistrza i
  Małgorzatę. Polecenie Wolanda zostało wykonane błyskawicznie. Po chwili
  milczenia Woland zwrócił się do Mistrza:
- A zatem - do sutereny na Arbacie? A kto będzie w takim razie pisał?
  A marzenia, a natchnienie?  - Nie mam już żadnych marzeń i natchnienie mnie
  opuściło - powiedział Mistrz - nikt mnie już nie interesuje oprócz niej.
- Znów położył dłoń na głowie Małgorzaty.- Złamali mnie, jestem zmęczony
  i chcę do sutereny.
- A pańska powieść? A Piłat?
- Znienawidziłem tę powieść - odparł Mistrz. - Zbyt wiele przez nią wycierpiałem.
- Błagam cię - żałośnie prosiła Małgorzata - nie mów tak. Dlaczego się nade mną
  znęcasz? Przecież wiesz, że w tę książkę włożyłeś całe swoje życie.
- I zwracając się do Wolanda dodała:
- Niech pan go nie słucha, messer. Zbyt jest umęczony.
- Ale o czymś przecież trzeba pisać? - mówił Woland.
- Jeśli pan skończył z tym prokuratorem, to niech pan się zabierze chociażby
  do takiego Alojzego. Mistrz uśmiechnął się.
- Tego Lapiennikowa nie opublikuje, zresztą, prawdę mówiąc to nieciekawe.
- Więc co panu wypełni życie? Przecież grozi panu nędza?
- Proszę bardzo, proszę bardzo - przygarniając do siebie Małgorzatę odparł
  Mistrz. Objął ją za ramiona i dodał: - Ona się opamięta, odejdzie ode mnie...
- Nie sądzę - powiedział przez zęby Woland i ciągnął:
- A zatem człowiek, który spisał dzieje Poncjusza Piłata, odchodzi do sutereny
  i ma zamiar spocząć tam przy lampie i żyć w nędzy?


17. Teodor Parnicki - Cała twórczość. »

Na całą twórczość tego pisarza składa się około dwudziestu powieści, z których dotychczas przeczytałem pięć, natomiast lekturę pozostałych odkładam na przyszłość, gdy będę mógł poświęcić im tyle czasu, ile wymagają. Parnicki, choć poświęcono mu kilka doktoratów, jest dziś pisarzem zapomnianym. Dla mnie jest swego rodzaju geniuszem i chyba najwybitniejszym polskim pisarzem współczesnym (choć nie bez wad). Jego pierwsze dwie powieści("Aecjusz ostatni Rzymianin" i "Srebrne orły") dały mu znaczące miejsce wśród polskich pisarzy historycznych. Taki właśnie cel postawił sobie kilkunastoletni Teodor, ledwo mówiący po polsku, gdy uciekał od ojca Niemca i macochy Rosjanki, z Rosji do Chin. Uzyskane tam w polskim gimnazjum gruntowne wykształcenie klasyczne dało mu dobre podstawy do zajmowania się historią antyczną. Niezwykły intelekt oraz wielka erudycja (choć nie poparta ukończeniem regularnych studiów) sprawiły, że autor zaczął przekraczać ramy powieści historycznej. Krytycy nazywali jego utwory antypowieściami, powieściami absurdalnymi. On sam stwierdził, że z miłości "zabił" powieść historyczną i tworzy powieści fantastyczno-historyczne. Lektura jego książek wymaga wiele wysiłku od czytelnika. Oprócz wiedzy czytelnik musi mieć ochotę towarzyszyć autorowi w jego niekończących się dygresjach, dywagacjach, dociekaniach na tematy literackie, historyczne, historiozoficzne, filozoficzne, etyczne, religijne, religioznawcze, gramatyczne,lingwistyczne, kryminalistyczne ..... Parnicki bawi się konwencjami, zaskakuje; nigdy nie mamy pewności, czy to już prawda "ostatnia", czy też za chwilę zostanie obalona. To polski Borges, nie zwięzły, zdyscyplinowany, lecz upajający się swoim "gadulstwem".Teraz wybrany fragment z powieści "Słowo i ciało" - Parnicki uważał ją za swoją najlepszą powieść:

Któryż Zbawiciel, który Światłonośca nie musiał bądź zacząć, bądź skończyć swego trudu wyzwaniem, temu rzuconym, co wszyscy wokół niego mieli za oczywiste.
Jak to mówił w Taksyli Nagardszuna: "Prawda oczywista Jutra jest inna niż dzisiejsza, ale iżby istotnie się mogła taka jutro stać, ktoś już dzisiaj musi rzucić wyzwanie oczywistości prawdy dzisiejszej. Niech się zeń śmieją, niech go klną, nawet kamienują - bez niego Dziś nie ustąpi Jutru. A gdy poklask mu da Jutro, niech jego odzewem będzie wskazanie prawdy Pojutrza, za co te same ręce, które chwilę temu klaskały, odwdzięczą się ponownym sięgnięciem po kamienie". Muszę zapytać Heraidy, co o tej filozofii Inda myśli: Chrystus - wedle niej - dał się przybić do krzyża, bo swemu Dniowi, który zresztą wciąż jeszcze trwa, objawił prawdę Jutra, tu więc zgodziliby się Nagardszuna i ona: Jutro da poklask Ukrzyżowanemu. Ale dla Heraidy chyba nie istnieje w ogóle Pojutrze, bo prawdę Jutra ma za wiekuiście już nieprzezwyciężalną, co by nie do przyjęcia było dla Nagardszuny.


16. Antoine de Saint-Exupery - "Mały Książę" i "Twierdza". »

Dwie książki. Pierwsza - piękna, przystępna, ukochana przez wszystkich, druga - cegła, zarówno pod względem objętości jak i wagi treści. Pierwsza - daje odpowiedzi na kilka prostych pytań (miłość,przyjaźń,szczęście), druga - stara się odpowiedzieć na Wszystkie pytania nurtujące ludzi od wieków. Pierwszą można nazwać małym, poetycko-bajkowym moralitetem, drugą nazywają Biblią dwudziestego wieku. Pierwsza - to perełka współczesnej literatury, druga - jedna z kilku najważniejszych książek minionego wieku. Autor tych książek, arytokrata krwi i ducha to może ostatni, heroiczny obrońca człowieczeństwa w człowieku. Był przerażony współczesnym mu światem. Saint-Exuperego przerażał nie postęp techniczny, lecz całkowity zanik więzi międzyludzkich, najbardziej zaś ubolewał nad konsumpcjonizmem społeczeństwa. Myślę, że antycypował dzisiejsze czasy, gdy świątyniami ludzkości stały się blaszane hangary - centra handlowe, w których ludzie publicznie, z zapamiętaniem, oddają się wszelakiego rodzaju konsumpcji. Namawiam wszystkich do zaprzyjaźnienia się z Małym Księciem. Twierdza natomiast niech broni najwyższych wartości i będzie drogowskazem dla tych, którzy poszukują sensu życia.

Dzisiaj wyjątkowo dwa fragmenty: z Małego Księcia i z Twierdzy.

1.Przypadek chciał, że Mały Książę po długiej wędrówce przez piaski, skały i śniegi odkrył wreszcie
drogę. A wszystkie drogi prowadzą do ludzi.
- Dzień dobry - powiedział Mały Książę.
Był to ogród pełen kwitnących róż.
- Dzień dobry - odrzekły róże.
Mały Książę przyglądał się im. Wszystkie były podobne do jego róży.
- Kim jesteście? - zapytał zaskoczony.
- Jesteśmy różami - powiedziały róże.
- Ach! - wykrzyknął Mały Książę.
I poczuł się ogromnie nieszczęśliwy. Jego róża mówiła mu, że jest jedyną przedstawicielką tego gatunku we wszechświecie. A oto było ich pięć tysięcy w jednym ogrodzie, zupełnie podobnych. Zirytowałaby się bardzo - pomyślał Mały Książę - gdyby to zobaczyła ... kaszlałaby ogromnie i udawała, że umiera, aby uniknąć śmieszności. A ja musiałbym udawać, że ją ratuję, gdyż w przeciwnym razie umarłaby naprawdę, żeby mnie upokorzyć ...
Potem Mały Książę pomyślał jeszcze: Czułem się posiadaczem jedynego kwiatu na świecie,
a mam tylko zwyczajną różę. Ta róża, a także trzy wulkany sięgające mi do kolan, a jeden
z nich wygasły może na zawsze - świadczą, że nie jestem takim bardzo ważnym księciem ...
I leżąc na trawie zapłakał.

2.Chcę, żebyś miał mocne fundamenty i żebyś trwał. Chcę żebyś był wierny. Gdyż być
wiernym to przede wszystkim być wiernym sobie. Nie spodziewaj się niczego dobrego, jeżeli zdradzisz; bo muszą być mocne te więzi, które cię poprowadzą, dadzą życie, staną się twoim sensem i światłem. Tak i z kamieniami świątyni. Nie rozsypuję ich bezładnie, aby co dzień stawiać piękniejsze świątynie. Jeśli sprzedasz ojcowiznę, aby kupić inną, może na pozór cenniejszą, utracisz przecież coś, czego już nie znajdziesz. Czemu się nudzisz w nowym domu? Wygodniejszy jest od dawnego, nędznego, taki, jak sobie życzyłeś. Męczyły ci się ramiona u studni i chciałeś mieć fontannę. Oto ją masz. Ale brakuje ci teraz śpiewu koła u studni i wody wyciąganej z wnętrzności ziemi, migoczącej, gdy ją wydobyć na słońce. To nieprawda, że nie chcę, żebyś się wspinał na szczyt i wznosił ku górze, żebyś kształtował się i pragnął o każdej porze iść naprzód. Ale czym innym jest fontanna, którą upiększasz swój dom, a która jest dziełem i zwycięstwem twoich rąk, a czym innym osiedlenie się w cudzej skorupie. A także czym innym kolejne wysiłki zmierzające w tym samym kierunku, jak dbałość o wzrastające bogactwo świątyni (gdyż są one jak wzrost drzewa zgodnie z jego naturą), a czym innym przeprowadzka dokonana bez miłości.
Nie ufam ci kiedy odcinasz się od przeszłości, bo to niesie zagrożenie najcenniejszemu dobru, które nie mieści się na płaszczyźnie rzeczy, ale sensu rzeczy.



15. Sofokles - "Antygona" »

Na początek dwa słowa o teatrze w antycznej Grecji. Sam teatr to "wynalazek" Greków, a ich miłość do tego "dziecka" była ogromna - potrafili w trakcie agonu dramatycznego spędzać osiem godzin dziennie w teatrze. Na tym tle Rzymianie ze swymi upodobaniami do krwawych walk gladiatorów mogli się czuć jak barbarzyńcy. A my? Myślę, że "Antygonie" największą krzywdę wyrządziło uczynienie z niej lektury obowiązkowej dla młodzieży. W tym wieku nie można ani zrozumieć znaczenia tego utworu, ani dostrzec jego piękna. "Antygona" stała się dla mnie lekturą obowiązkową po raz drugi na ostatnim roku studiów klasycznych, gdy musiałem każde zdanie (tym razem w oryginale) rozebrać gramatycznie, logicznie i literacko. Dopiero wtedy coś zaczęło do mnie docierać. To skromne pod względem rozmiaru i wątków treści dzieło możemy uznać za wzorzec dla całej europejskiej dramaturgii. To nie tylko tragedia dwóch mocnych osobowości (Antygony i Kreona), to konflikt wielu interesów: konfliky rodzinny, spór między władzą a obywatelem, między sacrum i profanum, między rywalizującymi siłami w państwie, między dobrem jednostki i państwa, między prawem zwyczajowym i prawem nakazanym, między Bogiem i człowiekiem, między pokornym i niepokornym, odważnym i tchórzliwym, kochającym i tym bez serca etc., etc... Całości dodają uroku piękne i pełne mądrości partie chóru, które powinny również dzisiaj skłonić każdego do zadumy nad istotą ludzką, niby potężną, nieznającą ograniczeń, a jednak bezsilną wobec społeczeństwa czy przeznaczenia. Teraz fragment:

" Miłości, któż się wyrwie z twych obieży,
Miłości, kiedy runiesz na ofiary,
W gładkich dziew licach gdy rozniecisz czary,
Kroczysz po morzu i wśród chat pasterzy,
Ni bóg nie ujdzie przed twoim nawałem,
Ani śmiertelny. Kim władasz wre szałem.

Za twym podmuchem do winy
Zboczy i prawy wraz człowiek;
Spory ty szerzysz wśród jednej rodziny.
Urok wystrzela zwycięsko spod powiek
Dziewicy, sięgnie i praw majestatu
Moc Afrodyty, co przewodzi światu."


14. Wieniedikt Jerofiejew - "Moskwa - Pietuszki" (Poemat) »

Alkoholikami stają się najczęściej ludzie nadwrażliwi, inteligentni, nieprzystosowani. Efektem takiej piorunującej mieszanki (alkohol, nadwrażliwość, inteligencja) jest przekonanie wielu milionów nieszczęśników o ich niespełnionym geniuszu. Osobiście nie uważam, żeby alkohol pomógł jakiemukolwiek pisarzowi "rozwinąć skrzydła talentu". To co "w pijanym widzie" wydaje się być genialne, na trzeźwo najczęściej okazuje się zwykłym bełkotem. O jednym jednak przypadku mogę z całą pewnością stwierdzić: alkoholik i geniusz. Co więcej, nie mam wcale pewności, czy gdyby nie był alkoholikiem, to zostałby genialnym pisarzem? Taka historia możliwa jest tylko w Rosji, a dokładniej w Związku Radzieckim. Jeśli założymy, że fenomen życia jest sam w sobie pewnym paradoksem, to życie, a właściwie "przeżycie" w Rosji sowieckiej było paradoksem i wyczynem jednocześnie. Tragizm i komizm tej egzystencji Jerofiejew czuł całą swoją istotą. Potrafił genialnie pokazać, co gra w przekornej duszy rosyjskiej, skazanej na taki los. Oczywiście w konsekwencji, choć książka skrzy się humorem, ukazuje bezsens i rozpacz istnienia. Alkohol, który jest w pewnym sensie tworzywem tego arcydzieła, daje tylko złudną i chwilową ucieczkę od rzeczywistości. Na dłuższą metę i on jest bez sensu, a życie i tak nas dopadnie. Geniusz autora czuję całą duszą i nie widzę potrzeby, by uzasadniać go "naukowo". Taka literatura broni się sama. 
Dzisiaj, by pokazać dwa oblicza Wieny, proponuję dwa fragmenty:  

"Po co temu jebańcowi zagadki" - pomyślałem raz jeszcze.
Ale on już zaczął.
"Słynny przodownik pracy Aleksy Stachanow chodził dwa razy dziennie za małą potrzebą i raz na dwa dni za dużą. Ale kiedy zdarzało mu się uderzyć w gaz, za małą potrzebą chodził cztery razy dziennie, a za dużą ani razu. Policz, ile razy w roku przodownik pracy Aleksy Stachanow chodził za małą, a ile za dużą potrzebą, przyjmując, że był urżnięty przez trzysta dwanaście dni w ciągu roku".
Pomyślałem sobie: "Do kogo ten bydlak pije? Że niby nie chodzę do ubikacji? Że piję bez przerwy? Do kogo pije, ścierwo...?"

"I jeśli kiedykolwiek umrę - a wiem, że umrę w bardzo krótkim czasie - umrę, zgłębiwszy ten świat z bliska i z daleka, z góry i z dołu, ale z nim nie pogodzony. Umrę i On zapyta mnie wówczas: "Czy było ci tam dobrze, czy źle?" Ja zaś będę milczeć, opuszczę wzrok i będę milczeć. Niemota taka znana jest wszystkim, którzy zebrali żniwo wielodniowego i zapamiętałego pijaństwa. Czyż bowiem życie ludzkie nie jest chwilowym otępieniem duszy, a także jej zaćmieniem? Wszyscy jesteśmy jakby pijani, każdy na swój sposób; jeden wypił mniej, inny więcej. I na różnych różnie to działa: jeden śmieje się światu w twarz, a inny skłania głowę na piersi tego świata i płacze. Jeden już się wyrzygał i jest mu dobrze, a innego dopiero zaczęło mdlić. A cóż ja? Wiele zaznałem, ale nic nie zdziałałem. Nigdy się nawet tak naprawdę nie roześmiałem i ani razu mnie nie zemdliło. Ja, który doznałem w tym świecie tyle, że tracę rachunek i zapominam kolejności - ja jestem najtrzeźwiejszy z całego świata; na mnie to wszystko marnie działa... "Dlaczego milczysz?" - spyta Pan, spowity w błękitne błyskawice. A co ja mu powiem? Nic, tylko będę milczeć i milczeć..."

13.Dante Alighieri - "Boska Komedia". »

Jest to trudna lektura, lecz zapewniam, że zabrałbym ją ze sobą, razem z pozostałymi książkami rankingu, na wyspę bezludną, gdybym się tam wybierał. Dante, choć jeden z pierwszych, to chyba największy poeta ery nowożytnej. W trakcie lektury "Boskiej Komedii" musimy pamiętać w jakiej epoce tworzył Dante i na jakim stopniu rozwoju znajdowały się wówczas nauka i sztuka. Trzeba mieć przed oczami obrazy trecenta, (przypominające bizantyjskie ikony) i dysputy scholastyczne typu " ile diabłów zmieści się na główce od szpilki". Trzeba pamiętać, że wówczas każdy, od kmiotka do papieża, musiał baczyć na słowa, by nie zostać oskarżonym o bluźnierstwo lub herezję. I oto w tym skostniałym świecie mamy Dantego, erudytę, autentycznego wielbiciela antyku, ceniącego najwyżej spośród filozofów "poganina", Arystotelesa, a spośród poetów "poganina" Wergiliusza. Choć bez wątpienia był człowiekiem swej epoki, zagłębiającym się chętnie w rozważania doktrynalne, to ze względu na swój humanizm był niewątpliwie prekursorem renesansu. Jak każdy geniusz, zdołał przekuć swoje pasje w genialne dzieło. A pasje miał dwie: zbawienie i naprawę świata oraz miłość do Beatrice. Dante nienawidził zła we wszelkiej postaci; nie wahał się krytykować nawet cesarzy i papieży. Ukazał uniwersalną drogę do szczęścia, poprzez dobro i miłość, "miłość, która porusza Słońce i inne gwiazdy". Głoszone przez niego proste prawdy są aktualne po dzień dzisiejszy. Dlatego co kilka lat odczuwam tęsknotę za jego poezją i sięgam po nią, i dotykam raz Piekła raz Raju.
Dzisiaj piękny fragment pożegnania z Beatrice (Raj, pieśń trzydziesta pierwsza):

"Lecz mimo przestrzeń tę postać mej pani
była mi widna, niczym nie zmącona.
"O święta moich porywów przystani!
Aby mię zbawić, ponosiłaś trudy;
Pozostawiłaś swe ślady w otchłani.
Jeśli mi dano dziwami i cudy
Wzrok cieszyć, mocy twej i uprzejmości
Zawdzięczam łaskę tę dzisiaj i przódy.
Przez cię z niewoli wszedłem do wolności,
Stąpając wiernie po każdej ścieżynie,
Która pod duszy swobodę się mości.
Wspieraj mię, czuła, teraz i w godzinie,
Gdy dusza moja od cię wziąwszy leki
Z ciała się mego ku tobie wywinie."
Tak się modliłem; a ona z dalekiej
Strony uśmiechnie się i znów do zdroju
Twarz swą obraca, płynącego w wieki".


12. Miguel de Cervantes Saavedra - "Przemyślny Szlachcic Don Kichote z Manczy". »

Mój romans z dziełem Cervantesa trwa, trwa, i trwać będzie jeszcze długo. Sięgając po Don Kichota spodziewałem się zwyczajnej powieści typu sowizdrzalskiego, łotrzykowskiego, ewentualnie powiastki filozoficznej. Książka ta stała stała się jednak ożywczym źródłem, do którego mogę wracać niezliczoną ilość razy i zawsze znajdę coś nowego, wartościowego, pięknego (podobnie jak w "Twierdzy" Saint-Exupery'ego, w "Próbach" Montaigne'a, w "Księdze Tysiąca i Jednej Nocy", i jeszcze w kilku innych). Ze względu na swą rozbudowaną i znakomicie skonstruowaną kompozycję "Don Kichota" uznaje się zwykle za pierwszą nowożytną powieść. Pretekstem do jej powstania była krytyka zbyt powszechnej mody na literaturę o tematyce rycerskiej. Jak na tak wąsko zarysowany cel powieść rozrosła się do niebotycznych rozmiarów i stała się zwierciadłem życia całej Hiszpanii. Autor wykonując zawód wędrownego poborcy podatkowego oraz przebywając kilka razy w więzieniach poznał dobrze kraj, przyrodę, specyfikę i język różnych środowisk. Najbardziej  fascynuje, obok sporej erudycji, niespotykana dobroć Cevantesa. Człowiek, który wycierpiał w życiu bardzo wiele (pięć lat w niewoli u Maurów w Afryce), który zawsze cierpiał niedostatek, by nie powiedzieć nędzę, miałby wiele powodów do sarkazmu, złośliwości. Tymczasem jego humor jest zupełnie innej natury, jest przyjazny człowiekowi, pełen dobroci i dobroduszności. Dzięki Cevantesowi często myślę, że wolę żyć jak ten błędny rycerz Don Kichote wśród swoich fantazji, niż zderzać się z bezlitosną, bezduszną i bezrozumną rzeczywistością.
I kto tu jest szalony?
Teraz wybrany fragment:
"- Już ci tyle razy przedtem mówiłem, Sancho - rzekł Don Kichote - że z ciebie wielki gaduła, lecz choć rozum masz nieokrzesany, nieraz rozumujesz sprytnie; ale abyś poznał, jak jesteś głupi, a jak ja jestem mądry, posłuchaj tej krótkiej gadki. Wiedz, że pewna wdowa, piękna, młoda, wolna i bogata, a zwłaszcza wesoła, zakochała się w młodym braciszku zakonnym, okrąglutkim i dobrej tuszy; dowiedział sie o tym jego przełożony i pewnego dnia rzekł do zacnej wdówki z braterskim napomnieniem: "Zdumiony jestem, pani, i nie bez przyczyny,
że tak szlachetna, tak piękna i tak bogata dama jak wasza miłość zakochała się w człowieku tak pospolitym, nikczemnym, głupim jak  ten jakiś, mając w tym domu tylu mnichów, tylu doktorów, tylu teologów, śród  których mogłaś, wasza miłość, wybierać jak pośród gruszek, mówiąc: Tego chcę, tego nie chcę. Lecz ona odpowiedziała z wielkim wdziękiem i swobodą: "Wasza miłość, panie mój, bardzo się mylicie i myślicie na starą modłę, sądząc, że źle wybrałam tego, kto się wam głupim wydaje, bo przez to, że go kocham, ma on tyle mądrości, a nawet więcej niż Arystoteles". Tak więc Sancho, przez to, że kocham Dulcyneę z Toboso, warta ona jest tyle, co najpierwsza księżniczka na ziemi."


11.Safona - Liryki »

Czy kilka znalezionych pereł może świadczyć o wartości całego naszyjnika? Myślę, że tak. Nieliczne ocalałe wiersze Safony potwierdzają, że zasłużenie zdobyła sobie miano największej poetki starożytności. Słowo Poetka dla starożytnych było synonimem jej imienia, tak jak słowo Poeta zarezerwowane było dla Homera. Czym tak zachwyciła jej twórczość? Do mnie przemawiają proste, naturalne, prawdziwe słowa Safony. Żadnego patosu, żadnej przesady, żadnego sztucznego uniesienia, choć uniesień jest wiele w jej poezji miłosnej. Jest sztuką najwyższą sprawić, by zwykłe słowa składały się w kunsztowną całość. Pieśni te, choć powstały ponad 2500 lat temu brzmią jak najczystsza, wysokiej klasy liryka współczesna.
Nie sposób mówiąc o Safonie pominąć jej upodobanie do kobiet. Już starożytni autorzy zarzucali poetce fizyczne kontakty z jej uczennicami. Z zachowanych pieśni jasno wynika, że Safona darzyła swoje towarzyszki gorącym uczuciem. Z drugiej strony wiadomo, że miała męża i córeczkę, której poświęciła wzruszające utwory. Nie rozstrzygając tej kwestii, możemy cieszyć się, że pełne miłości strofy Safony do nas dotarły. Dzisiaj słynny wiersz ( sparafrazowany przez rzymskiego poetę Katullusa:" ille mi par esse deo videtur" ....), w którym poetka zazdrości mężczyźnie miejsca przy boku ukochanej.

" Wydaje mi się samym bogom równy
mężczyzna, który siadł naprzeciw ciebie,
i słowa twoje przyjmuje z zachwytem,
w oczarowaniu.

Słodkim uśmiechem budzisz w nim pragnienia
lecz w piersi mej drży serce pełne lęku,
i gdy na ciebie patrzę, głosu z krtani
dobyć nie mogę,

zamiera słowo, dreszcz przenika ciało
albo je płomień łagodny ogarnia,
ciemno mi w oczach, to znów słyszę w uszach
szum przejmujący.

Oblana potem, drżąca, zalękniona
blednę jak zwiędła, poszarzała trawa,
i już niewiele brak, abym za chwilę
padła zemdlona.

Ze wszystkim jednak trzeba się pogodzić."


10. "Księga tysiąca i jednej nocy". »

Dzień, w którym wziąłem do ręki "Księgę tysiąca i jednej nocy" był z pewnością jednym z najpiękniejszych i najważniejszych w moim życiu. Po legendach, klechdach, bajkach i baśniach europejskich odniosłem wrażenie jakbym z małego jeziora wypłynął na niezmierzony ocean fantazji i bogactwa. Jakże się miała czapka czy worek talarów do skarbów sezamu, czarodziejska moc stoliczka czy kijów samobijów do lampy Alladyna, snujący się po lochach łęczyckiego zamku Rokita do Dżinna budującego w jedną noc Złoty Pałac. Kalif Harun ar-Raszid
stał się najbliższym mi władcą i z radością uczestniczyłem w jego nocnych wyprawach po pięknym i tajemniczym Bagdadzie - podczas gdy Karol Wielki, współczesny mu największy władca europejski, był mi całkowicie obcy. Księga wzbogaciła moją wrażliwość i wyobraźnię tysiąckrotnie. Jest to istotnie największy na świecie zbiór legend, bajek i baśni, spisywanych przez stulecia. Księga zawiera opowieści indyjskie, perskie, arabskie, staroegipskie, greckie i inne. Wymienię tylko najczęściej występujące motywy, gdyż na opisanie całości nie starczyłoby mi życia. Mamy więc bajki awanturnicze, podróżnicze, miłosne, kryminalne, czarodziejskie, filozoficzne, dydaktyczne etc. etc. O tym wszystkim i o tym, że moja ukochana książka z dzieciństwa to tylko wybór z większej całości dowiedziałem się w wieku około dwudziestu lat. W "świetnych" czasach PRL-u niestety nie udało mi się (mimo wielu zabiegów) zdobyć całości. Złowiłem przypadkowe dwa tomy. Teraz od roku jestem szczęśliwym posiadaczem 9-cio tomowego wydania całości z roku 1974. Mam tę cudowną świadomość, że ilekroć zrani mnie rzeczywistość, mogę szukać ukojenia w Krainie tysiąca i jednej nocy.
Dziś pod choinkę aż dwa fragmenty: dla dzieci fragment bajki o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach, dla dorosłych fragment bajki o królu Omarze an-Numanie i jego dwóch synach - Szarkanie i Dau al-Makanie (bajka liczy sobie tylko!!! 370 stron - noce od 45 do 145) :


Kiedy Ali Baba czuł się bezpieczny przed niegodziwością rozbójników i gdy wreszcie ustąpiło jego przerażenie, a powrócił doń spokój, zszedł z drzewa, zbliżył się do tamtych ukrytych drzwi i stanął przed nimi, wpatrując się w nie uważnie. I rzekł sobie w duchu: "Ciekaw jestem: gdybym powiedział, jak to uczynił przywódca bandy rozbójników, < Sezamie otwórz swe podwoje>, czy drzwi odemknęłyby się, czy też nie?" Rozmyślając w ten sposób, podszedł bliżej i wypowiedział te słowa, a drzwi natychmiast stanęły otworem! A stało się tak dlatego, że kryjówka ta była dziełem maridów z rodu dżinnów i była ona zaczarowana i strzeżona potężnym zaklęciem. A słowa: "Sezamie otwórz swe podwoje", stanowiły głęboką tajemnicę, gdyż miały moc zdejmowania zaklęcia. Drzwi stanęły więc otworem i Ali Baba ujrzawszy przed sobą otwarte wejście, wszedł do środka. Ledwo przekroczył próg, a już drzwi zatrzasnęły się za nim. Ali Baba zadrżał, opanował go strach......

Gdy mnie ujrzała, zaśmiała się i rzekła: "Jak przemogłeś senność i nie zasnąłeś? Skoro czuwałeś całą noc, wiem, że jesteś zakochany, cechą bowiem zakochanych jest bezsenność spowodowana miłosnym cierpieniem." Potem zbliżyła się do niewolnic i odprawiła je, a one nas opuściły. Wówczas ukochana moja podeszła do mnie, przycisnęła mnie do piersi, a ja całowałem ją. Ona ssała moją dolną wargę, a ja ssałem jej wargę górną. Później położyłem rękę na jej biodrze i gładziłem je, lecz nie wstępowaliśmy na ziemię złego. Rozluźniłem węzęł jej szarawarów, a one opadły ku obręczom na jej nogach. Zaczęliśmy się przekomarzać i mile gawędziliśmy, kąsaliśmy się nawzawjem i oplataliśmy się nogami. Krążyliśmy po owym pomieszczeniu i jego zakątkach, aż wreszcie ukochana moja osłabła i straciła przytomność, a ja posiadłem ją, gdy była w tym stanie. I noc ta stała się radością dla serca i uciechą dla spojrzenia....



9. Cyprian Kamil Norwid - Dzieła Wszystkie »

Tak jak większość prawdziwych geniuszy nie był zrozumiany ani doceniony przez współczesnych. Najwybitniejsi myśliciele epoki, Krasiński, Lenartowicz wyszydzali go i wręcz szczycili się tym, że np. z poematu "Quidam" nie rozumieją ani linijki. Ostatnie lata Norwida przeżyte w nędzy, jego śmierć w opuszczeniu, to hańba dla Polaków, hańba dla Europy. Norwid to jedyny polski poeta wyprzedzający o całą epokę poezję zarówno polską jak i europejską. Fundamentami poezji Norwida były: wartości chrześcijańskie, miłość do antyku, stosunek do rodzącej się "cywilizacji technicznej" i filozofia wraz ze stawianymi przez nią fundamentalnymi pytaniami. Był zdeklarowanym wrogiem "śliczności" i "poetyczności" w poezji. Dlatego jego poezja jest lakoniczna, wciąż starająca się "odpowiednie dać rzeczy słowo", a jednocześnie pełna niedopowiedzeń, ironii, skrótów myślowych. Twórczość ta równie nowatorska w treści jak i w formie, była prawdziwą prekursorką współczesnej, dwudziestowiecznej, nowoczesnej poezji. Czytanie poezji Norwida wymaga wysiłku od czytelnika, gdyż nie jest ona "kwiatem", lecz "kłosem". Czy to jego "księstwo poezji" odrzucone i wyśmiane przez dzicz w dziewiętnastym wieku, może zostać zrozumiane i docenione przez dzisiejszych Polaków? Czy nie wolimy, podobnie jak nasi poprzednicy "taplać się w błocie"? Dlaczego wybieramy to co najłatwiejsze, począwszy od fast foodów, a kończąc na masowej kulturze z jej quasi-literaturą, tworzoną przez wyrobników pióra. W tym miejscu chylę czoła przed Czesławem Niemenem, który w porę zauważył słabość swoich tekstów i sięgnął po piękne wiersze Norwida.
A teraz wybrany wiersz: 

              Grzeczność
                     1
Znalazłem się był raz w wielkim Chrześcijan natłoku,
Gdzie jest biuro lasek, płaszczów i marek;
- każdy za swój chwytał się zegarek,
Nie ufając bliźniej ręce i oku!...
                     2
Jeden tylko Mąż zwrócił moją uwagę
Z przezornością albowiem szczególniejszą
Łączył wdzięk i względność, i powagę
W niczym od chrześcijańskiej nie zimniejszą -
                     3
"Któż jest? - pytam - tyle uprzejmy dla gości
Wśród podejrzewających się bliźnich owych?"
..............................................................
(Był to strażnik figur-woskowych
z pobliskiego Muzeum-ciekawości!...) 



8. Jorge Louis Borges -"Alef" oraz "Fikcje". »

Wielki Mistrz małej formy. Wielki mistyfikator i manipulator. Erudyta. Miłośnik i znawca antyku.
Fascynował go świat Tysiąca i jednej nocy (od Kairu poprzez Bliski Wschód, Persję po Indie).
Kochał sagi starogermańskie i nordyckie, a przeżycia przy studiowaniu gramatyk historycznych
tych języków porównywał do wzruszeń poetyckich. Całe życie dążył (bezskutecznie) do klasycyz-
mu i prostoty formy. Tak wstydził się swojej wczesnej, patetycznej twórczości, że potrafił wyku-
pywać te utwory tylko po to, żeby je spalić. Człowiek skromny, siebie nazywał  "nowelistą"
i bardziej cenił utwory napisane w "duecie" ze swym przyjacielem Casaresem niż własne.
Znajomość z Borgesem rozpocząłem od tomiku "Powszechna historia nikczemności", potem
przeczytałem dwa najlepsze zbiory - Fikcje oraz Alef. Lektura Borgesa to uczta intelektualna
i wyprawa metafizyczna. Po Borgesie nic już nie jest takie jak wcześniej, można zwątpić w swoje
nazwisko albo poświęcić resztę życia na szukanie Alefa. Posłużę się próbką jego prozy (ze zbio-
ru Et cetera), żeby trochę zdemaskować współczesnego ulubieńca polskich czytelników, miłego
grafomana Paulo Coelho. Borges podał oczywiście źródło z którego czerpał (sprawdziłem, rze-
czywiście Noc 351), kochany Paulo przypisał całą inwencję sobie -
                                                                                     cóż jakie czasy, tacy bohaterowie.

Teraz wybrany fragment:
Kapitan kazał przeszukać meczet i znaleziono w nim człowieka z Kairu, i wymierzono mu taką
chłostę bambusowymi kijami, że był bliski śmierci. Po dwóch dniach odzyskał przytomność w więzieniu.Kapitan kazał go przyprowadzić i rzekł: "Kim jesteś i gdzie jest twoja ojczyzna?".
Ten odpowiedział:"Pochodzę ze sławnego miasta Kairu i moje imię jest Muhammad al-Maghrebi." Kapitan spytał go: "Co przywiodło cię do Persji". Zapytany postanowił mówić prawdę i powiedział:"Jakiś człowiek we śnie kazał mi przybyć do Isfahanu, gdyż tu miało znajdować się moje szczęście. Jestem już w Isfahanie i widzę, że tym szczęściem, jakie mi obiecano,musi być chłosta, którą tak szczodrze mi wymierzyłeś."
Wobec takich słów kapitan roześmiał się tak, aż pokazał zęby mądrości, i rzekł w końcu:
Człowieku głupi i łatwowierny, trzy razy śnił mi się dom w Kairze, w głębi którego znajduje się ogród, i w ogrodzie zegar słoneczny, i za zegarem słonecznym figowiec, i za figowcem żródło, i pod źródłem skarb. Nie dałem najmniejszej wiary temu kłamstwu. Ty zaś, synu mulicy i demona, włóczyłeś się z miasta do miasta, powodowany tylko wiarą w twój sen. Żebym cię  nie spotkał więcej w Isfahanie. Weź te monety i odjeżdżaj."
Człowiek wziął je i powrócił do ojczyzny. Spod źródła swego ogrodu (które było źródłem ze snu kapitana) wykopał skarb. W taki sposób Bóg pobłogosławił go, wynagrodził i wywyższył.
Bóg jest Szczodry, Niepojęty.
               (Z Księgi tysiąca i jednej nocy, noc 351).
 

7. Vladimir Nabokov - "Lolita" »

W całej historii literatury światowej znam tylko dwa przypadki, gdy geniusz literacki autora przezwyciężył barierę językową. Pierwszy to Józef Korzeniewski, później Joseph Conrad, drugi to Władimir Władimirowicz Nabokow, później Vladimir Nabokov. Nabokov czarodziej, Nabokov mag słowa. Wzorem dla niego byli Gustave Flaubert i James Joyce; pisarze słynący z wielkiej troski o każde słowo. Autor "Lolity" również traktował język jak tworzywo, dlatego jego proza jest często onomatopeiczna i eufoniczna i bardzo, bardzo często brzmi jak najpiękniejsza poezja, czego oczywiście nie oddaje w pełni żaden przekład. Obok słowa treść jest dla niego także pretekstem do iluzji, zabawy, gry z czytelnikiem, z rzeczywistością, z fikcją. Takich artystów słowa dziś już nie ma. Choć przybysz, Amerykę przejrzał i rozszyfrował bezbłędnie. "Lolita" ma trochę pecha od samego początku, gdyż pierwszego jej wydania podjęło się francuskie wydawnictwo Olympia Press, parające się pornografią i aura skandalu otacza ją aż do dziś. Nic bardziej mylnego. To genialne dzieło, odwołujące się do kilkudziesięciu pisarzy (Joyce,Proust, Poe, Szekspir). "Lolita" to książka, która wymaga od badaczy całych tomów, nie można jej po prostu przekartkować w poszukiwaniu "momentów". Parafrazując słowa pewnego amerykańskiego krytyka i samego autora można powiedzieć, że "Lolita" opowiada o miłości, która związała Nabokova z językiem angielskim. Miłości tej język angielski i literatura anglojęzyczna wiele zawdzięczają.
Teraz wybrany fragment:

"O, musiałem mieć na oku małą Lo, wiotką Lo! Zapewne dzięki nieustannej gimnastyce miłosnej promieniała mimo bardzo dziecinnego wyglądu jakąś osobliwą, omdlewającą poświatą, która mechaników, posługaczy hotelowych, urlopowiczów, zbirów w luksusowych autach, debili grających debla na rudych kortach przyprawiała o atak chuci - co może i łechtałoby moją próżność, gdyby nie wzniecało zazdrości. Mała Lo sama bowiem czuła tę swoją poświatę, często więc przyłapywałem ją coulant un regard w stronę jakiegoś sympatycznego samca, blachotłuka o żylastym, złocistobrunatnym przedramieniu, z bransoletką zegarka na nadgarstku, i ledwie odwróciłem się tyłem, żeby pójść po lody dla Lo, a już słyszałem jak ona i ponętny monter intonują istną pieśń miłosną skomponowaną z dowcipasów. Kiedy w trakcie dłuższych postojów odpoczywałem czasem w łóżku po szczególnie gwałtownym poranku i z dobroci uśpionego serca pozwalałem jej - humanitarny Hum! - pójść z bezbarwną małą Mary i jej ośmioletnim braciszkiem, potomstwem sąsiada z motelu, do różanego ogrodu lub biblioteki dla dzieci po drugiej stronie ulicy, wracała spóźniona o całą godzinę, bosa Mary wlokła się daleko w tyle, a chłopczyk zjawiał się w postaci dwóch dryblasów, złotowłosych osiłków z liceum, same mięśnie i rzeżączka."


6. James Joyce - "Ulisses". »

Wysoka szósta pozycja i bez wątpienia najtrudniejsza książka w całym rankingu. Tak naprawdę
nie powinno jej tu być, gdyż nie oczarowała mnie ani nie zachwyciła. Prawda jest taka, że zmusiłem się (podstępem) do przeczytania "Ulissesa", poświęciłem mu miesiąc, niestety to stanowczo za mało. Żadne zapewnienia wielbicieli autora ani samego Joyce'a, że jest to łatwa książka ( Joyce - "jeśli czegoś nie rozumiesz, wystarczy przeczytać na głos"), nie pomogą w jej lekturze - jest piekielnie trudna. Dlaczego umieściłem ją w rankingu? W dowód uznania. Ta książka to ewenement na skalę wieków i na skalę światową. Młody pisarz tworzy absolutnie samodzielną, odkrywczą, nowoczesną teorię sztuki (jej zarys możemy znaleźć w "Stefanie bohaterze", w "Portrecie artysty z czasów młodości") i realizuje wszystkie jej założenia w jednym dziele. Podstawa tej teorii brzmi: "Sztuka, jest to dokonany przez człowieka układ rzeczy zmysłowych i abstrakcyjnych, zmierzający do osiągnięcia estetycznego celu". Jeśli do tego dodamy narzędzie - poszarpany monolog wewnętrzny i jeden dzień spędzony na wałęsaniu się po Dublinie przez pana Blooma - mamy "Ulissesa" - obraz całej ludzkości. Dlaczego mnie nie urzekł? Joyce to dla mnie zwariowany jezuicki formalista (poróżniony z kościołem i wiarą). Mówi, że pisze krwią, natomiast ja widzę poukładane lecz niezrozumiałe teorie i schematy ( choćby fakt, że każdy z epizodów odwołujących się do Odysei jest poświęcony innemu organowi ciała: nerka,genitalia, serce itd.itd.). Dla mnie za dużo tego dobrego. Nie wiem, czy na pocieszenie dodam, że naprawdę trudną książką Joyce'a jest oniryczna "Finnegans Wake" - pierwsze polskie wydanie właśnie się ukazuje. Teraz wybrany fragment:

Nuda. Znudzony Bloom zabębnił właśnie się zastanawiam palcami po bib którą wniósł Pat.
Dalej. Wiesz, co mam na myśli. nie, zmienić to e. Przyjmij ode mnie ten mały skromny załącz prez. Poprosić ją, żeby nie odpow. Zaczekaj. Pięć Dig. Mniej więcej dwa tu. Pens dla mew. Eliasz nadch. Siedem u Davy Byrne'a. Razem mniej więcej osiem. Powiedzmy pół korony. Mały skromny prez:przekaz pocztowy na dwa szylingi i sześć pensów. Napisz mi długi. Czy gardzisz? Czy masz brzdęk brzdęk? Taka podniecona. Dlaczego nazywasz mnie niegrzecz? Czy także jesteś niegrzeczna? O, Mairy zgubiła szpilkę od. Do widzenia na dziś. Tak, tak, powiem ci. Chcę. By trzymały się. Nazywaj mnie tym tamtym. Nie z tego świata, napisała. Wyczerpią się moje cierpliwości. By trzymały się. Musisz mi wierzyć. Wierzyć. Kuf. Że. To. Prawda.
Czy to szaleństwo, że piszę? Mężowie tak nie pi. Małżeństwo tak działa, ich żony. Ponieważ jestem z dala od. Przypuśćmy. Ale jak? Ona musi. Zachować młodość. Gdyby to odkryła. Kartka w moim wysokiej jakości kapelu. Nie nie mówić wszystkiego. Zbyteczny ból. Jeśli nie dostrzegają. Kobieta. Dla każdego coś miłego.


5. Homer - "Iliada" i "Odyseja". »

"Andra moj ennepe Muza polytropon hos mala polla
 planchte epej Troies hieron ptolietron eperse..."
Do tej bardzo uproszczonej transkrypcji fonetycznej powinniśmy jeszcze dodać iloczas (długa lub krótka wymowa zgłosek), akcent przyciskowy (z właściwości wiersza), akcent toniczny (z istoty języka), melorecytację, aoidę (pieśniarza), akompaniament formingi, błękit greckiego nieba i turkus morza, i mamy pierwsze wersy Odysei w heroicznym, pełnym powabu i powagi języku starogreckim. Na początek słowo wyjaśnienia - to "skrzywienie zawodowe" sprawiło, że w rankingu są cztery pozycje z literatury antycznej. Myślę, że biorąc pod uwagę ponad tysiąc lat rozwoju tej literatury, jest to ilość wyważona. Miałem to szczęście, że mogłem utworom Homera poświęcić kilka miesięcy pod okiem Pani Profesor Zofii Abramowiczówny, najwybitniejszej znawczyni Homera w Polsce. Obiecuję jednak nie poruszać żadnych "kwestii homeryckich", archaizmów i anachronizmów Homera, eolizmów w dialekcie starojońskim et cetera, et cetera.
Amerykańskie filmy "Wojna trojańska" i "Helena trojańska" oraz dziecięca wyobraźnia uczyniły ze mnie gorącego wielbiciela Homera. Potem podziwiałem szalonego geniusza, amatora archeologa o naturze chłopięcej - Heinricha Schliemanna. Dopiero potem zrozumiałem, że my i cała literatura, wręcz Kultura Europejska, wywodzimy się z tych dwóch arcydzieł. Homerowi zawdzięczam wycieczkę do Myken. Mogłem tam (prawie jak Słowacki) podumać nad potęgą Agamemnona i jego tragicznym powrotem do domu. Myślę, że kiedyś spełni się jeszcze jedno moje marzenie, że kiedyś dotrę pod wzgórze Hissarłyk, zobaczę mury Troi, a na nich Helenę. Będzie z przewrotną niecierpliwością myślała o rychłej śmierci swego kochanka Parysa i o powrocie do Sparty. Jeśli będzie ładna pogoda może dojrzę szczyt Idy, gdzie cała ta historia miała swój początek. Teraz wzruszający fragment Iliady:

"Bogów uszanuj Achillu, i miejże litość nade mną
Wspomnij o ojcu swym własnym. Jam jest godniejszy litości -
Nikt ze śmiertelnych nie doznał tego, co ja dziś doznaję,
Kiedy do ust swych podnoszę rękę zabójcy mych dzieci".
Rzekł tak - i ojca wspomnieniem w Achaju żałość obudził.
Wziął rękę starca swą dłonią, odsunął lekko od siebie.
Obu wspomnienia objęły. Ten - przypominał Hektora,
Wrogów pogromcę - i płakał u nóg boskiego Achilla.
Tamten o ojcu rozmyślał i utraconym Patroklu,
Łzy wylewając. Ich głośne szlochania dom napełniły.
W końcu, gdy smutek bolesny wypłakał boski Achilles,
Kiedy już w sercu zmęczonym uciszył lament i skargi,
Powstał i starca Pryjama dźwignął za ręce z podłogi -
Głowa go siwa i broda zbielała do głębi wzruszyły.
A więc się zwrócił do niego i rzekł te słowa skrzydlate:
"Starcze nieszczęsny! Twe serce straszliwe ciosy przeżyło.
Jakże ty miałeś odwagę przyjść pod okręty Achajów,
Aby tu stać oko w oko z tym, co tak licznych i dzielnych
Synów ci zabił. Zaprawdę, żelazne jest w tobie serce.
Wstańże i siądź tu koło mnie. Pozwólmy naszej boleści,
Łzom i westchnieniom żałosnym w zmęczonych duszach przycichnąć.
Płacz, co nam serce rozdziera, nie przyda się nam już na nic".
 


4. Fiodor Michajłowicz Dostojewski - "Zbrodnia i Kara", "Idiota", "Biesy", "Bracia Karamazow" i inne. »

Z twórczością Dostojewskiego zetknąłem się w wieku dwudziestu lat "z obowiązku". Po prostu "Zbrodnia i Kara" była lekturą obowiązkową na slawistyce, którą wtedy studiowałem w Krakowie. Książka ta zaszokowała mnie tak bardzo, jak nigdy wcześniej, ani nigdy potem żadna inna.
To nie było zauroczenie, fascynacja, podziw, to było wręcz uderzenie obuchem. Nie sądziłem, że literatura może aż tak zgłębić naturę i istotę człowieczeństwa. Miałem też szczęście obejrzeć sławną inscenizację "Biesów" A. Wajdy, która po triumfalnym pochodzie przez Europę wróciła do Teatru Starego, a potem również w Teatrze Starym "Nastazję Filipowną" (adaptację "Idioty"). Myślę, że świat zachodni nie jest w stanie pojąć tej wielkiej gry uczuć jaką widzimy u Dostojewskiego. Dlatego też cieszę się, że chociaż kulturowo jesteśmy związani z zachodem, to jako Słowianie możemy lepiej zrozumieć mroczne lecz i heroiczne tajemnice duszy rosyjskiej. A niezrozumiałe u Dostojewskiego jest wszystko, od morderstwa Raskolnikowa ("Zbrodnia i Kara"), czy Rogożyna ("Idiota"), poprzez samobójstwo Stawrogina ('Biesy"), po bezwarunkowe miłości Soni do Raskolnikowa, Myszkina do Nastazji Filipownej, czy Katii do Mitii Karamazowa. Oprócz wszechobecnych namiętności znamienna jest dla Dostojewskiego wielka, żarliwa wiara. Za motto całej twórczości tego rosyjskiego twórcy możemy przyjąć jego słowa:"Jeśliby mi ktoś udowodnił, że Chrystus jest poza prawdą ....., to wolałbym pozostać z Chrystusem niż z prawdą". Nie wyobrażam sobie literatury rosyjskiej, literatury światowej bez tego wielkiego geniusza. Nie ma żadnego znaczenia, że był chyba egoistą, człowiekiem trudnym, że może skrywał "brzydką" tajemnicę, że długo był hazardzistą, że lekceważył Polaków. To wszystko nie ma znaczenia wobec dzieła, jakie dał ludzkości. Dzisiaj dwa fragmenty, z "Idioty" i z "Braci Karamazow":

"I ona, i Agłaja zatrzymały się jakby w oczekiwaniu i obie jak obłąkane patrzyły na księcia. Ale on chyba nie rozumiał nawet całej siły tego wyzwania, można by to twierdzić z całą pewnością. Widział tylko szaloną, pełną rozpaczy twarz, z powodu której, jak się kiedyś wyraził w rozmowie z Agłają, serce miał "przebite na zawsze". Nie mógł dłużej znieść tego i błagalnie, z wyrzutem zwrócił się do Agłai, wskazując Nastazję Filipowną:
- Czyż tak można! Przecież ona jest nieszczęśliwa!
Ledwo jednak zdążył to wymówić, a już oniemiał pod okropnym wzrokiem Agłai. We wzroku tym malowało się tyle cierpienia i zarazem tyle bezgranicznej nienawiści, że załamał ręce, krzyknął i podbiegł do niej, ale już było za późno. Nie zniosła nawet momentu jego wahania, zasłoniła twarz rękami, krzyknęła: "Ach, mój  Boże!", i wybiegła z pokoju, a za nią Rogożyn, by jej otworzyć drzwi na ulicę. Pobiegł i książę, ale na progu chwyciły go czyjeś ręce."


"Umilkła, by nabrać tchu.
- Po co ja przyszłam? - podjęła znowu pospiesznie i nieprzytomnie. - Nogi twoje objąć, ręce ścisnąć, o tak, do bólu, pamiętasz, jak w Moskwie ściskałam? - znowu ci powiedzieć, że jesteś moim Bogiem, moją radością, powiedzieć ci, że kocham cię obłędnie - jęczała w męce i naraz przycisnęła usta do jego dłoni. Łzy polały się jej z oczu.
Alosza stał, milczący i zmieszany: nie spodziewał się tego, co widział.
- Miłość przeszła, Mitia! - zaczęła znowu Katia - lecz drogie mi jest do bólu to, co przeszło. Pamiętaj o tym na wieki. Ale teraz, na jedną chwilkę, niech będzie to, co mogło być - wyszeptała z gorzkim uśmiechem, znowu radośnie patrząc mu w oczy. - I ty teraz kochasz inną, i ja kocham innego, a jednak wiecznie będę cię kochać, a ty mnie, wiedziałeś o tym? Słyszysz, kochaj mnie, całe życie kochaj! - zawołała prawie z groźbą w głosie.
- Będę kochał i ... wiesz Katia - dysząc ciężko przy każdym słowie, mówił Mitia - wiesz, ja cię pięć dni temu, tego wieczoru, kochałem ... Kiedy upadłaś i wynieśli cię ... Całe życie! Tak będzie, tak będzie wiecznie."


3.Tomasz Mann - "Buddenbrookowie", "Czarodziejska Góra", "Józef i Jego Bracia", "Doktor Faustus". »

Chyba najtrudniejsze zadanie z całego rankingu, w kilku zdaniach opisać cztery różne, genialne książki. Dzieło, które dla setek pisarzy mogłoby być ukoronowaniem całej twórczości, dla Tomasza Manna było jakby młodzieńczą wprawką. Zupełnie jak u Hitchcock'a; najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie ma wzrastać. Tym trzęsieniem ziemi są oczywiście "Buddenbrookowie", rodzinna saga opisująca koniec pewnej epoki. Później "Czarodziejska Góra" zapewniła Mannowi trwałe miejsce w literaturze światowej i wymogła niejako nagrodę Nobla, choć formalnie otrzymał ją za "Buddenbrooków". Największym, najbardziej cenionym przez autora dziełem jest "Józef i Jego Bracia". Podobnie jak poprzednie książki, zaczął żyć własnym życiem i z zamierzonego tryptyku krótkich nowel rozrósł się do wielkiego czteroksięgu, pisanego szesnaście lat. Warto podkreślić, że autor bardziej utożsamiał się z Józefem, swoim ulubionym bohaterem, niż z Hansem Castorpem z "Czarodziejskiej Góry". "Józef i Jego Bracia" to wielki moralitet ukazujący pogodne, filozoficzne przesłanie Manna dla ludzkości. Wreszcie "Doktor Faustus", pozornie mroczny, zmagający się z odwiecznym mitem wszechmocy, walki z Bogiem, wzlotem, pychą i upadkiem człowieka. Cztery książki w czterech  słowach? Malarska wizja końca wieku; finezyjna gra filozoficzna między życiem a śmiercią; wielki swą prostotą testament; mroki zakamarków duszy ludzkiej. Tomasz Mann to wielki genialny artysta, to ostatni wielki pisarz; żaden z późniejszych nie może się mierzyć z jego dorobkiem. Od wielu lat zadaję sobie pytanie. Czy był bezwzględnym geniuszem, czy też więcej zawdzięczał pracy (pisał tylko trzy godziny dziennie)?  Może ktoś mi odpowie? Dzisiaj dwa fragmenty, z "Czarodziejskiej Góry" oraz z "Józefa i Jego Braci":

"Hans Castorp marzył, wpatrzony w ramię pani Chauchat. Jakżeż się te kobiety ubierają! Pokazują to i owo ze swego karku, ze swych piersi, opromieniają ramiona przezroczystą gazą...Tak czynią na całym świecie, aby budzić naszą tęsknotę, nasze pragnienie. Mój Boże, jak piękne jest życie! Piękne właśnie dzięki takim codziennymi prostym drobiazgom jak ten, że kobiety ubierają się kusząco; bo przecież jest to zupełnie proste i tak ogólnie przyjęte i uznawane, że człowiek, nie zdając sobie z tego sprawy, akceptuje to nieświadomie i bez protestu. Ale, myślał Hans Castorp, należy zwracać na to uwagę, aby cieszyć się życiem, i uprzytomnić sobie, że ta w gruncie rzeczy niemal bajeczna instytucja darzy człowieka szczęściem. Rozumie się samo przez się, że tkwi w tym jakiś głębszy cel, dla którego wolno kobietom ubierać się bajecznie i w sposób uszczęśliwiający, nie wykraczając przeciwko przyzwoitości; chodzi tu o przyszłe pokolenie, o utrzymanie gatunku ludzkiego, naturalnie".

"Zadaniem ducha jest więc zbudzenie duszy do przyjęcia owej mądrości i cała jego nadzieja i dążenie zmierza do tego, by namiętna dusza, uświadomiona o tym stanie rzeczy, przypomniała sobie wreszcie ojczysty świat wyżyn, niższy świat wybiła sobie z głowy i podążyła znów w swój własny, w sferę spokoju i szczęścia, by zostać tam już na zawsze. W tej samej chwili, kiedy to się stanie, niższy świat przestanie istnieć, materia odzyska swoją ospałą samowolę, wyzwoli się z więzów formy i będzie się znowu mogła radować bezkształtnością jak na początku, a tym samym również uzyska swoistą szczęśliwość. Tyle nauka i opowieść o duszy. Nie ulega wątpliwości, że tu osiągnięto ostatnie "wstecz", najdalszą przeszłość człowieka, oznaczono Raj i sprowadzono historię grzechu pierworodnego, poznania i śmierci do jej czystej, prawdziwej formy. Dusza praczłowieka jest najstarsza, a ściśle mówiąc jest tym co najstarsze, gdyż istniała zawsze, przed czasem i formą, tak jak zawsze istniał Bóg i materia".


2. Honore de Balzac - "Komedia Ludzka" »

Bardzo wysoka i zapewne bardzo kontrowersyjna pozycja. Jak można tak wysoko cenić Balzaka? Wśród licznej rzeszy krytyków wiadomo przecież, że:
- styl Balzaka często jest sztuczny, patetyczny,
- brak mu umiaru w opisach szczegółów, drobiazgów,
- ambicje filozoficzne prowadzą go często do długich tyrad moralnych, do naprawiania świata,
- dobre i wrażliwe charaktery zwykle przedstawia nieudolnie, ckliwie, bez gustu.
Dlaczego więc kocham Balzaka i cenię tak bardzo? Może dlatego, że oddał swe życie literaturze w dosłownym znaczeniu tych słów? Dwudziestoletnia praca od dwunastej w nocy do południa, plus litry kawy zabiły jego silny i zdrowy organizm. Dzieło Balzaka, "Komedia Ludzka", to 97 powieści, to około 11.000 stron, z czego znakomitą większość (ponad 70 powieści) możemy czytać po polsku (dzięki Ci Boy'u!). Przeczytałem te wszystkie książki (niektóre 2-3 razy) i Balzak zawładnął mną całkowicie. Nie było to tylko młodzieńcze zauroczenie, kiedy  przeczytałem jego najsłynniejsze powieści (niekiedy nie odchodząc od lektury przez 24 godziny), lecz całkiem niedawno urządzony przeze mnie "rok czytania Balzaka" utwierdził moje przekonanie, że jest on geniuszem i wybaczam mu wszystkie wspomniane na wstępie grzechy. To jedyny pisarz, którego słabiutkie utwory czytam ze spokojem i pełną wyrozumiałością; jak to mawiali starożytni, nawet dobry Homer czasami się zdrzemnie, a poza tym widzę tych antyszambrujących wierzycieli, komorników i muszę mu wybaczyć. To co zdążył napisać, to jedynie część jego wielkiego zamysłu. Dzieło Balzaka to największe przedsięwzięcie jakie kiedykolwiek powstało w literaturze, przedsięwzięcie genialne - można je porównać jedynie z freskami Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. Jak już wspomniałem, jestem, podobnie jak sam Balzak całkowicie owładnięty "Komedią Ludzką". Balzak jest dla mnie kluczem do zrozumienia świata, uczy mnie lepiej rzeczywistości niż sama rzeczywistość. Napotkawszy w życiu niewiarygodną żądzę lub niewdzięczność, lub niegodziwość, stwierdzam: "tak, to prawie jak u Balzaka". Teraz wybrany frament "Straconych Złudzeń":

"Jakiś głos krzyknął w Lucjanie:"Inteligencja to dźwignia, którą porusza się świat". Ale inny głos odkrzyknął, że punktem oparcia dla inteligencji jest pieniądz. Nie chcąc zostać pośród ruin swych marzeń i na scenie swej klęski, Lucjan skierował się ku Palais-Royal, wypytawszy się wprzódy; nie znał jeszcze topografii swej dzielnicy. Wszedł do Very'ego, zamówił, aby się wtajemniczyć w rozkosze Paryża, obiad zdolny pocieszyć go w rozpaczy. Butelka bordo, ostendzkie ostrygi, ryba, kuropatwa, torcik, owoce stanowiły nec plus ultra jego pragnień. Zanurzył się w tej niewinnej rozpuście obmyślając skarby dowcipu, jakie roztoczy wieczorem przed panią d'Espard, obiecując sobie okupić mizerię dziwacznej garderoby bogactwem intelektualnym. Wyrwała go z marzeń chwila rachunku wydzierając mu pięćdziesiąt franków, z którymi spodziewał się zajść daleko w Paryżu. Obiad kosztował tyle, co miesiąc egzystencji w Angouleme. Toteż Lucjan zamknął za sobą z szacunkiem drzwi tego pałacu myśląc, że nigdy więcej nie przestąpi jego progu."
 

© Copyright by www.afrodis.com.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i realizacja www.wizjostudio.pl